Translate

piątek, maja 30, 2014

Tydzień



            Na poddaszu starego domu urodziło się siedmioro kociąt: trzy koteczki i cztery kotki. Było ich tyle, co dni tygodnia, więc nie pozostawało nic innego jak dać im imiona od dni tygodnia : Poniedziałek, Wtorek, Środa, Czwartek, Piątek, Sobota i Niedziela. Ich mamą była  czarna jak węgiel kotka z białą łątką na pupie imieniem Tosia a tatą szaro-rudo-biało-bury kot sąsiadów zza płotu, Felek.
            Tosia nie chciała robić nikomu kłopotu więc kiedy nadeszła pora,  wślizgnęła się na poddasze, znalazła pusty karton, wymościła go podartymi gazetami i szmatkami i tam urodziła swoje kocięta.  Kocięta niestety nie potrafiły siedzieć cicho tylko popiskiwały i pomiaukiwały od czasu do czasu. W końcu Ewa, właścicielka i przyjaciółka Tosi zupełnym przypadkiem usłyszała te odgłosy. Wreszcie znalazła Tosię, której bezskutecznie szukała wszędzie od trzech dni, razem ze ślepymi jeszcze kociętami . Zniosła całą czeredę na dół. Dzielna mama, razem ze swoimi kociętami dostała wygodny kojec wysłany starymi, miękkimi swetrami, dodatkową, większą kuwetę, a kocięta dostały własne miseczki z mlekiem, gdyby nie wystarczyło im mleka mamy. Tosia była kochana przez domowników więc jej kociętom też nie mogła dziać się krzywda.
            Kocięta miały różne kolory i różne charaktery, a właściwie charakterki, chociaż miały tych samych, wspólnych rodziców. Nie było można tego zauważyć przez pierwsze dni po porodzie, dopóki były jeszcze ślepe. Trzymały się wtedy mamy , spały w gromadzie i nie opuszczały swojego kojca. Kiedy przejrzały na oczy zmieniły się nie do poznania.
            Poniedziałek był biały jak śnieg, z czarną łątką na pupie, odwrotnie niż jego mama, Tosia. Lubił sypiać zwinięty w kłębuszek w głębokim fotelu przed telewizorem i trzeba było uważać, żeby przypadkiem na niego nie usiąść.
            Wtorek był rudy, po tacie a może po którymś z dziadków, ale uszka, koniec ogonka i łapek miał czarne. Obaj bracia mieli dobry apetyt, dopijali po rodzeństwie mleko które zostało w miseczkach wiec toczyli się na swoich krótkich łapkach jak dwie kule.
            Środa była mniejsza i bardziej delikatna, jak to dziewczynka. Miała zupełnie szare futerko, trochę ciemniejsze na pyszczku i wokół uszu. Miauczała głośno, kiedy w jej miseczce nie było mleka. Pewnie chciała dogonić wzrostem swoich dwóch braci : Poniedziałka i Wtorka.
            Czwartek był biało-czarno-rudy. Lubi dużo spać, tak jak pozostali, ale zawsze wskrobywał się po firance i układał na parapecie, żeby mieć w razie czego oko na wszystko, co dzieje się na zewnątrz. Kiedy się budził nigdy nie robił kociego grzbietu tylko śmiesznie przeciągał się „na ukos” wyciągając prawą przednią i tylną lewą łapkę a potem lewą przednią i prawą tylną łapkę.
            Piątek był łaciaty, czarno-biały i miał śmieszną czarną plamę na samym środku różowego nosa. Od małego miał zadatek na myśliwego. Wdrapywał się  po firankach na parapety i usiłował łowić przez szybę fruwające za oknem ptaki, choć jego wysiłki nie przynosiły zamierzonego skutku.
            Sobota i Niedziela były niemal jednakowe, prawie jak bliźniaczki tak, że trudno je było od siebie odróżnić. Nawet ich rodzona matka, Tosia miała z tym kłopot. Były trójkolorowe: czarno-rudo-białe, końce uszu i ogonków miały czarne a końce łapek białe. Dopiero kiedy przybiegały zawołane po imieniu wiadomo było która jest która.
            Wszystkie kocięta miały zielone oczy po mamie albo żółte po tacie z wyjątkiem Czwartku, który miał jedno oko zielone a drugie żółte.
            Kocięta całymi dniami spały, jadły albo baraszkowały ze sobą. Spały sporo ale też sporo jadły bo nie można spać kiedy kiszki z głodu marsza grają. Były coraz silniejsze, sprytniejsze i biegały po całym domu. Znalazł się też jednak czas przeznaczony na naukę. Tosia nauczyła ich od razu porządku: kocięta załatwiały się prosto do kuwety stojącej w łazience, nie brudziły nawet w ogrodzie. Poza tym  myły pyszczki po każdym jedzeniu, myły też bardzo dokładnie  , jak przystało na prawdziwe koty, łapki i uszy. Chodziły najpierw trochę niepewnie na swoich małych łapkach unosząc do góry krótkie ogonki dzięki czemu udawało im się utrzymać równowagę. Jeśli nie biegały i nie baraszkowały to chodziły zawsze w tym samym, ustalonym porządku dni tygodnia : na przedzie jedno z rodziców a  następnie kocięta ustawione jedno za drugim tak jak dni tygodnia od Poniedziałku do Niedzieli.
            Dom i ogród były pełne rozbieganych, baraszkujących kociąt i trzeba było bardzo uważać żeby nie nadepnąć jakiejś łapki albo ogonka. Rosły jak na drożdżach i miały wprost wilczy apetyt. Jadały już mięso i inne kocie smakołyki. Kiedy nadchodziła pora picia mleka biegły pędem do swoich miseczek z uniesionymi do góry coraz dłuższymi ogonami i wypijały wszystko aż do ostatniej kropli. Potem siedem futrzanych kłębków układało się do snu w swoim kojcu i słychać było głośne mruczenie. Tosia układała się obok Ewy.
            Pewnej nocy Tosia miała dziwny sen. Śniły się jej kocięta ale zupełnie pomieszane kolorami. Poniedziałek był trójkolorowy: czarno-rudo-biały, końce uszu i ogonków miał czarne a końce łapek białe. Wtorek miał zupełnie szare futerko, trochę ciemniejsze na pyszczku i wokół uszu. Środa była ruda, ale uszka, koniec ogonka i łapek miała czarne. Czwartek był łaciaty, czarno-biały i miał śmieszną czarną plamę na samym środku różowego nosa, Piątek był biało-czarno-rudy a  Sobota i Niedziela były białe jak śnieg, każda z czarną łatką na pupie. W dodatku wszystkie kocięta miały niebieskie oczy jak chabry na łące. Tosia kręciła się i wierciła przez sen całą noc.
            Obudziła się dopiero nad ranem, spocona jak ruda mysz.  Natychmiast pobiegła do kojca gdzie spały kocięta żeby sprawdzić co cię stało z ich futerkami i odetchnęła z ulgą. To był tylko zły sen. Widocznie z łakomstwa zbyt dużo zjadła przed snem.
            Kocięta dorastały i ich wychowaniem zaczął się zajmować też i tata, Felek z sąsiedztwa. Przychodził wieczorami i wyprowadzał je do ogrodu (bo dom stał w ogrodzie), gdzie uczył je polować na muchy, żuczki, motyle, żaby i myszy. Polowanie na ptaki było przez Ewę surowo zabronione.
            Kiedy dzieci Tosi dorosły i zmężniały trzeba było postanowić co dalej. Wprawdzie domu i ogrodzie było wystarczająco dużo miejsca ale osiem dorosłych kotów to nadmiar szczęścia. Z Ewą i Tosią zostały Sobota i Niedziela a Poniedziałek, Wtorek, Środa, Czwartek i Piątek powędrowały do kilku najbliższych sąsiadów. Wprawdzie nie mieszkały już razem, ale często spotykały się na wspólnych zabawach w ogrodzie Ewy. Czasem też gościnnie nocowały u niej, kiedy ich właściciele musieli gdzieś wyjechać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz