Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRÓTKIE BAJECZKI DLA SYNKA I CÓRECZKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRÓTKIE BAJECZKI DLA SYNKA I CÓRECZKI. Pokaż wszystkie posty

sobota, lipca 05, 2014

Historia pewnego wesołego diabełka o złotym sercu.

     Pewnie nikt z Was  nie zna prawdziwej historii Bartusia, wesołego diabełka o złotym sercu. Myślę, że ja  też nie poznałabym tej całej historii, gdybym nie wybrała się pewnego dnia do parku na wieczorny spacer z moim psem. Tego dnia niebo było pewne gwiazd które lśniły ,  mrugały wesoło i tańczyły w swoich złotych sukienkach wokół uśmiechniętego od ucha do ucha grubiutkiego księżyca w pełni. Po niebie przepływały wieczorne obłoki i momentami zdawało się, że księżyc mruga porozumiewawczo tak, jakby chciał mi dać coś do zrozumienia. 
Mój pies biegał sobie bez  smyczy bo wokół było zupełnie pusto i nie bałam się żadnej psiej awantury. Nagle usłyszałam coś, jakby cichutki płacz i  wycieranie nosa. Przystanęłam, rozejrzałam się uważnie dookoła, ale  zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Przysłuchiwałam się jeszcze przez chwilę, ale nic już nie było słychać, gdy nagle...... coś błysnęło w dziupli starej topoli obok której właśnie przechodziłam. Mój pies był już daleko i wcale nie zainteresował się ani tym że przystanęłam, ani tym, że zostałam z tyłu. Udałam, że patrzę w zupełnie inną stronę i nagle bardzo prędko odwróciłam głowę w stronę starej topoli. Oniemiałam.
Na brzegu dziupli siedział sobie,  machając tłuściutkimi nóżkami w czerwonych wełnianych skarpetkach mały, czarny, rozczochrany diabełek. Ubrany był w czerwone porteczki na szelkach i w bawełnianą koszulkę w żółto granatowe pasy. Miał czarne, błyszczące oczka z bardzo długimi rzęsami a na główce małe, ledwie widoczne złotawe różki. Wprawdzie uśmiechał się do mnie, ale od razu  było widać, że przed chwilą jeszcze płakał. Diabełek popatrzył na mnie swoimi żywymi oczkami i uśmiechnął się jeszcze bardziej. Ja też uśmiechnęłam się do niego  i wyciągnęłam w jego stronę rękę a on wskoczył mi na ramię a potem wsunął się do kaptura mojej zimowej kurtki. Pewnie był zmarznięty. Wprawdzie  od kilku dni pachniało już porządnie wiosną, ale  nocami i nad ranem wciąż jeszcze zamarzały kałuże.
Bartuś, bo tak miał na imię mały diabełek wyciągnął się wygodnie w moim kapturze i zaczął mi na ucho opowiadać swoją historię. Zaczęłam uważnie słuchać spoglądając na niego co jakiś czas, BO KIEDY KTOŚ DO NAS MÓWI POWINNIŚMY PATRZYĆ MU PROSTO W OCZY, chociaż to było trudne bo siedział właściwie obok mnie a nie przede mną. Diabełek chciał mi opowiedzieć wszystko od razu . Zaczął tak szybko mówić, że początkowo zupełnie nic nie mogłam go zrozumieć. Mówił , mówił i mówił coraz szybciej i szybciej, aż zakręciło mi się w głowie. Musiałam mu przerwać CHOCIAŻ TO BARDZO NIEŁADNIE PRZERYWAĆ JEŻELI KTOŚ MÓWI i poprosić, żeby opowiedział wszystko powoli, jeszcze raz  od samego początku.
Bartuś była najmłodszym diabełkiem w piekle więc musiał się dużo uczyć jak się stać starym, bardzo złym diabłem. Najpierw zamiatał całe piekło i zbierał papierki z podłogi żeby było czysto i porządnie. Potem najstarszy, najbardziej zły diabeł z najdłuższymi rogami wezwał go do siebie i wysłał na ziemię, żeby straszył dzieci okrrrrrrrrrrrooooooopnie złymi minami , pokazywaniem języka i robieniem zeza. Ale Bartuś był bardzo dobrze wychowanym diabełkiem i wiedział doskonale, że takie zachowanie jest bardzo niegrzeczne. Poza tym, kiedy stanął sam przed lustrem i na próbę zrobił taką okropnie złą minę to sam się tak bardzo wystraszył, że z nóżek pospadały  mu z wrażenia jego ukochane, czerwone skarpetki. Wtedy mały diabełek  postanowił, że nie będzie już nigdy więcej robić takich paskudnych min tylko będzie rozdawać dookoła uśmiechy, takie słodkie, z dołkami w policzkach. Jak postanowił tak zrobił  i wszyscy na jego widok też się uśmiechali, nawet w najbardziej pochmurny dzień, a potem zaczęli go nazywać diabełkiem o złotym sercu.
Kiedy najstarszy, najbardziej zły,  diabeł z najdłuższymi rogami a był to sam naczelnik piekła Belzebub,  dowiedział się co Bartuś wyrabia na ziemi zrobił się zły jak najbardziej jadowita osa. Podobno najpierw biegał po całym piekle i wrzeszczał jak opętany, później przez tydzień nie odzywał się do nikogo tylko chodził tam i z powrotem trzymając ręce założone z tyłu i okropnie zgrzytał ze złości zębami. Wreszcie chwycił się za głowę i wrzasnął żeby natychmiast przyprowadzić do niego małego diabełka który, jak mówią,  podobno ma złote serce. Na widok Bartusia i jego roześmianej buzi ze słodkimi dołeczkami sam Belzebub nie mógł się powstrzymać, żeby się nie uśmiechnąć, chociaż odwrócił się tyłem żeby nikt tego nie dojrzał i temu staremu draniowi trochę zmiękło serce. Dlatego też nawet nie skrzyczał małego diabełka tak, jak zamierzał, ale pociągnął go za ucho, dał lekkiego klapsa w pupę i po prostu wyrzucił z piekła na ziemię bo mały diabełek o złotym sercu już nie mógł zostać prawdziwym  diabłem.

Bartuś znalazł się zupełnie sam, w ciemnym parku, było mu w dodatku zimno więc okropnie się nad sobą rozżalił i zaczął płakać. Wtedy właśnie usłyszałam jego płacz i znalazłam go w dziupli starej topoli.  Oczywiście zabrałam go ze sobą do domu, dałam kubek ciepłego mleka, nakarmiłam i ułożyłam spać. Odtąd mam swojego prywatnego, wesołego, małego diabełka, który nie pozwala mi się niczym martwić. 

czwartek, czerwca 05, 2014

O Kumci znad stawu, która nauczyła się pływać żabką.




     Na środku zielonej łąki pełnej czerwonych maków, białych i różowych stokrotek i żółtych kaczeńców rozciągał się porośnięty rzęsą staw. Wokół stawu rosło zielone sitowie i trzcina która unosiła dumnie do góry  na prostych, grubych łodygach swoje brązowe łebki. W trzcinach szeleścił i poświstywał ciągle rozczochrany wietrzyk- Wielki Urwis. Nad stawem, w maleńkim domku pod liściem łopianu mieszkała sobie razem z rodzicami, braciszkiem , babcią i dziadkiem małą zielona żabka, Kumcia.
      Kumcia nie zawsze była podobna do żabki. Kiedy tylko wykluła się ze złożonego przez mamę skrzeku  była , tak jak wiele jej siostrzyczek i braciszków zwykłą, ciemnobrązową bardzo ruchliwą kijanką z małym ogonkiem.  Wszyscy razem siostrzyczki kijanki i braciszkowie kijanki wesoło bawili się w wodzie tuż przy brzegu, aż pewnego  dnia pogubili ogonki i stali się małymi, zielonymi żabkami. Kumcia wtedy też stała się żabką. Była miłą i grzeczną, zawsze uśmiechniętą, żabią dziewczynką  która kumkała od wschodu do zachodu słońca siedząc na dużym liściu białego nenufaru. Zapomniała jednak jak się pływa, a przecież kiedy była jeszcze kijanką pływała najszybciej ze wszystkich. Mama, tata i babcia bardzo martwili się, że Kumcia nie potrafi pływać, a dziadek spoglądał na wnuczkę znad grubych, rogowych okularów i tylko kiwał ze zmartwienia głową. Mały braciszek Kumci spędzał całe dni baraszkując wesoło w wodzie i na widok siostrzyczki pokazywał ją innym palcem i wyśmiewał się z niej przy wszystkich. POKAZYWANIE KOGOŚ PALCEM JEST OCZYWIŚCIE, JAK PEWNIE   WSZYSCY DOBRZE WIEDZĄ,  BARDZO BRZYDKIE I NIEGRZECZNE. Kumci od razu robiło się wstyd, że nie potrafi tak jak inni pływać żabką i boi się wody. 

     Robiła się ze wstydu cała czerwona i nawet ukradkiem popłakiwała sobie w jakimś zacisznym kąciku. Mama, tata i babcia tłumaczyli Kumci, że nie ma się czego bać, bo jak świat światem, wszystkie małe, średnie i duże żabki w wodzie czują się jak ryby i świetnie pływają żabką. Niestety nasza mała zielona żabka wciąż nie mogła pokonać strachu przed wodą i ani jej się śniło pływać ! Kiedy żabia rodzina szła przez łąkę na niedzielny spacer wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi, a nawet zupełnie nieznajomi mieszkańcy łąki kiwali z politowaniem głowami i odwracali się, żeby powiedzieć sobie coś na ucho.  Wieść o tym, że Kumcia nie potrafi zupełnie pływać obiegła dawno całą łąkę, a nawet dotarła na skraj pobliskiego lasu. Ani prośbą, ani groźbą nie można było zmusić Kumci żeby wskoczyła do wody i zaczęła wreszcie pływać. Nie pomagały też żadne tłumaczenia ani opowieści o innych małych żabkach które już od dawna przemierzały żabką staw w środku łąki. Kumcia byłą uparta jak mały osiołek. Wreszcie dziadek, który dotąd podczas toczących się dyskusji  nie odzywał się,  tylko spoglądał na wnuczkę znad swoich grubych okularów, przerwał popołudniową lekturę „Wiadomości łąkowych” i odłożył gazetę na stolik. Potem wziął Kumcię na kolana, poszperał w kieszonce swojej kamizelki, wyciągnął kwaskowatą malinową landrynkę i włożył ją wnuczce do buzi.             Kiedy żabka zajęta była już na dobre  cukierkiem ofiarowanym przez dziadka, ten zaczął jej opowiadać jak sam był małą,  zieloną żabką,  tuż po tym,  jak przestał być kijanką. Dziadek też nie bardzo chciał pływać i bał się wody chociaż wszyscy mówili mu, że zupełnie nie ma czego się bać.  Aż kiedyś w  upalny sierpniowy dzień, na łące pojawił się biało-czarny ptak na długich, czerwonych nogach i z długim czerwonym dziobem, którym co jakiś czas głośno klekotał. 






       Wszystkie żabki rzuciły się wtedy na oślep do stawu bo tam były zupełnie bezpieczne. Tylko dziadek Kumci siedział pod liściem jak skamieniały i bał się nawet odetchnąć żeby Pan Bocian, do to właśnie on brodził po łące,  go nie wypatrzył. Jak wszyscy pewnie dobrze wiedzą,  żabki są ulubionym  pożywieniem wszystkich bocianów. Kiedy bocian pofrunął na chwilę do gniazda żeby zobaczyć czy nic nie grozi czekającym tam na niego bocianiętom, dziadek Kumci wyskoczył spod liścia, rzucił się jak oszalały w kierunku stawu i nie wiele myśląc wskoczył do wody, gdzie pływały wszystkie inne małe żabki. Okazało się, że znakomicie daje sobie radę w wodzie i pływa tak samo dobrze jak inni. Po tym opowiadaniu dziadka Kumcia nagle zrozumiała, że nie ma się czego bać bo wszystkie małe, średnie i duże żabki od urodzenia pływają znakomicie żabką. WSZYSTKIE DZIECI POWINNY ZAWSZE UWAŻNIE SŁUCHAĆ OPOWIADAŃ STARSZYCH.

O Maćku, wojowniczym wodniku ze starego młyna i jego niezwykłych przygodach.



W starym młynie, tuż obok młyńskiego koła, w rwącym strumieniu zagnieździł się ze swoją najbliższą rodziną wodnik Maciek.  Razem z nim w podwodnej chatce zamieszkała wodnikowa żona, Alicja, dwie panny wodniczanki  Gosia i Zosia i mały synek Marcinek. Mieli też psa niezwykłej piękności, czarnego podpalanego kundla, Bleksia, któremu jedno ucho opadało w dół a drugie sterczało do góry i dzięki temu wyglądał jak myśliwy w kapeluszu z piórkiem. Wodnik robił okropnie dużo rabanu a każdą, najdrobniejszą rzecz, ale w gruncie rzeczy było to poczciwe chłopisko i w razie potrzeby służył radą i pomocą rodzinie przyjaciołom i  sąsiadom. Miał jednak zwyczaj wściekania się o wszystko, bo był bardzo wybuchowy...... Kiedy był niemowlakiem jego mama używała do potraw mnóstwo ostrych przypraw więc można powiedzieć, że z mlekiem matki wyssał ostrość papryki i pieprzu . Czasem  wpadał do chatki  zły jak osa, co było jeszcze gorsze .Wtedy broń Boże żeby ktoś się do niego próbował podejść albo odezwać bo Maciek okropnie się złościł. Często miał po prostu kiepski humor i wtedy ni stąd ni zowąd ciskał błyskawicami, które trzeba było gasić wodą. Całe szczęście, że  wody wokoło było bardzo dużo.  Alicja bardzo kochała męża i chociaż wspólne życie z nim przypominało siedzenie na beczce z prochem, to zawsze potrafiła znaleźć sposób żeby Maćka jakoś uspokoić. Musiała też ciągle uspokajać dzieci, żeby zachowywały się grzecznie, szczególnie, kiedy ojciec był zły. Cała trójka należała do gatunku  bardzo żywych dzieci więc można sobie łatwo wyobrazić ile codziennie było w domu wrzawy i śmiechów ale biada, jeżeli po powrocie Maćka było w domu głośno. Kiedy wracał do domu  słychać było nawet trzepot skrzydełek każdej przefruwającej muchy. Jedynie Bleksio, pupilek całej rodziny mógł sypiać nawet na poduszce swojego pana i zawsze uchodziło mu to na sucho.... a kiedy witał pana w drzwiach,  mógł skakać do góry i poszczekiwać wesoło do woli.  Wodnik całymi dniami wędrował po świecie i miał pełne ręce roboty. Miłym ludziom zawsze pomagał kiedy Ci mieli jakiś kłopot i grzecznie go poprosili, ale tym , którzy byli zgryźliwi i niemili dla innych Maciek najchętniej robił różne psikusy mniej lub bardziej przykre ŻEBY W TEN SPOSÓB NAUCZYĆ ICH GRZECZNOŚCI.   Alicja miała przez cały dzień pełne ręce roboty Gosia i Zosia, dwie małe strojnisie ciągle męczyły mamę, żeby szyła im coraz to nowe sukienki a mały synek Marcinek męczył wszystkich żeby ustawiać z nim klockowe budowle, rysować albo czytać mu bajki...... Maciek, jak na wodnika przystało, był bardzo dobrym ojcem i mimo wielu zajęć starał się po poobiedniej drzemce  zawsze znaleźć czas na zabawę z dziećmi. Najwięcej czasu miał dla nich jednak w sobotę albo niedzielę, kiedy nie wędrował po świecie i odpoczywał  w domu.... Wtedy dzieci nie odstępowały go ani na chwilę a radosny śmiech Gosi, Zosi i Marcinka  rozbrzmiewał dokoła i roznosił się echem aż na drugi koniec widniejącego w oddali lasu. Alicja, patrząc na rozpromienione buzie dzieci  i uśmiechającego się spod wąsów męża, promieniała szczęściem BO ZGODA BUDUJE A NIEZGODA RUJNUJE. Maciek był pobłażliwy dla dzieci i bardzo kochał żonę więc strzegł swojej rodziny jak oka w głowie bo naprawdę szczęśliwa i kochająca się rodzina JEST NAJWIĘKSZYM SKARBEM NA ŚWIECIE.

poniedziałek, maja 26, 2014

O tym, jak aniołek Marcelek pomalował wszystkie sny.


Z góry bardzo dokładnie widać  wszystkie sny, jakie śnią się dzieciom na całym świecie. Pewien bardzo ciekawski aniołek, imieniem Marcelek, postanowił zajrzeć do wszystkich snów więc zrobił w niebie małą dziurkę i przyłożył do niej oko,   CHOCIAŻ TO BARDZO NIEŁADNIE PODGLĄDAĆ KOGOŚ  PRZEZ DZIURKĘ. Marcelek nie robił tego jednak ze zwykłej ciekawości, tylko dlatego, że miał pilnować, żeby wszystkie dzieci spały spokojnie i wstawały rano tylko prawą nogą, bo wtedy będą miały przez cały dzień dobry humor. Kiedy tak spoglądał z góry na śpiące dzieci, nagle zauważył, że jedne sny są wesołe i kolorowe a inne szare i smutne. Marcelek pomyślał, że coś z tym trzeba zrobić bo nie można przecież pozwolić, żeby dzieci miały takie okropnie szare sny! Co by tu zrobić.....zastanawiał się głośno Marcelek,  żeby wszystkie dzieci na całym świecie miały tylko same piękne i  wesołe, kolorowe sny? Trzeba by je chyba pomalować wiedział głośno sam do siebie  i poszedł do sklepu z przyborami piśmiennymi który znajdował się tuż za rogiem. W sklepie pracowała zorza, Malwinka, bardzo wesoła i zawsze promiennie, tęczowo uśmiechnięta. Marcelek już od progu powiedział grzecznie i dosyć głośno Malwince :”dzień dobry”, BO KAŻDY, KTO WCHODZI DO SKLEPU POWINIEN GŁOŚNO I WYRAŹNIE SIĘ PRZYWITAĆ.   Aniołek opowiedział Malwince co wymyślił, po co przyszedł do sklepu i poprosił ją o największe pudełko różnokolorowych kredek i temperówkę, na wypadek, gdyby któraś kredka złamała się podczas malowania.   Malwinka zaproponowała mu jednak żeby kupił farby i komplet pędzli różnej wielkości. Farby można ze sobą dowolnie mieszać i wtedy otrzymamy o wiele więcej kolorów niż przy  malowaniu zwykłymi kredkami. Marcelek kupił więc naaaaaaaaaaajjjjjjjjjjwiększe pudełko farb, trzy garście pędzli i pędzelków różnej grubości i popędził co sił w małych skrzydełkach do siebie. Miał przecież przed sobą jeszcze tyle pracy. Musiał odnaleźć i pomalować wszystkie smutne, szare sny dzieci z całego świata. Aniołek Marcelek włożył fartuch, żeby się nie pochlapać, ani nie pobrudzić skrzydełek  skrzydełek farbami i zabrał się żwawo do pracy. Porozstawiał mnóstwo maleńkich miseczek z wodą do rozrabiania farb, pędzle włożył razem  do dużego słoja tak, żeby wystawały tylko  ich końce można było łatwo znaleźć pędzelek odpowiedniej grubości i zaczął się uwijać jak mógł najszybciej. Przedtem sprawdził jednak dokładnie gdzie pochowały się wszystkie smutne szare sny które śnią się dzieciom i raz dwa trzy, w mgnieniu oka, wszystkie te sny pomalował na tęczowo. Odtąd już żadne dziecko nigdy nie będzie płakać przez sen, a kiedy się obudzi, jego buzia będzie przypominała uśmiechnięte słoneczko w letni, ciepły poranek.


niedziela, kwietnia 13, 2014

O Florku, bardzo małym, najeżonym jeżu .....




     W pewnym lesie żył ze swoją rodziną bardzo mały jeż, który miał na imię Florek. Florek miał czarny, błyszczący nosek wyglądający jak mały koralik i wesołe czarne oczka które żywo spoglądały na otaczający go świat. Nasz przyjaciel jeżyk był ostrzyżony na jeża przez Pana Szczygła, który miał salon fryzjerski w sąsiedztwie, a jego kolce były zupełnie tęczowe, co najlepiej było widać każdego słonecznego dnia. Florek mieszkał z Mamą, Tatą i młodszą siostrą Matyldą. Rodzina jeżów miała trochę ciasne, ale bardzo przytulne mieszkanie na parterze starego, drewnianego domu przy rynku. Mama, Tata i Matylda bardzo kochali Florka i znosili wszystkie jego wesołe psikusy . Jeżyk miał bardzo bujną wyobraźnię i nigdy nie można było przewidzieć co tym razem wymyśli. Pomysły nowych psot sypał z rękawa tak, jak magik wyciąga  króliki ze swojego cylindra. Pewnego razu Florek wybrał się na samotną wycieczkę do lasu, chociaż Mama i Tata ciągle  przestrzegali go, że nie można oddalać się samemu od domu i każde  małe zwierzątko powinno  chodzić na spacery  zawsze pod opieką kogoś dorosłego. Był słoneczny, wiosenny poranek. Lekki wiaterek przelatywał w koronach drzew i pogwizdywał wesoło a ptaki wiły sobie nowe gniazdka żeby złożyć w nich jajka i wysiedzieć pisklęta. Zewsząd rozlegały się  świsty, stukanie dzięciołów, pogwizdywania, trzepotanie skrzydeł, tylko spod ziemi słychać było pochrapywanie susłów które nie zauważyły nadejścia wiosny i nie obudziły się jeszcze z zimowego  snu.  Po niebie przefruwały różowe i białe obłoczki przypominające lody truskawkowe z bita śmietaną.  Słońce grzało zupełnie mocno i było naprawdę ciepło. Florek maszerował dzielnie przed siebie na swoich czterech króciutkich łapkach zakończonych mocnymi pazurkami. Był małym, grubiutkim jeżykiem i wędrówka wśród krzaczków czarnych jagód, po pokładach igliwia, patyczków i po mchu sprawiała mu trudność. Dookoła działo się tyle ciekawych rzeczy, że Florek postanowił przysiąść na przewróconej sośnie i porozglądać się . Gdyby wiedział rano, że tak daleko zawędruje, wziąłby ze sobą plecak z jedzeniem i swój ulubiony sok pomarańczowy, ale teraz kiszki grały mu z głodu marsza i bardzo chciało mu się pić. Florek zaczął się rozglądać wokół siebie, ale każdy w lesie był zajęty swoimi własnymi sprawami, wszyscy dokądś pędzili i nikt nie miał czasu przystanąć ani na chwilkę . Jeżyk siedział osamotniony na wielkiej przewróconej przez wiatr sośnie i zastanawiał się co dalej....... Nagle zorientował się, że jest w jakiejś zupełnie nieznanej części lasu, obok nie ma ani Mamy, ani Taty, ani jego młodszej siostrzyczki Matyldy. Florek przypomniał sobie przestrogi rodziców żeby nie odchodzić nigdy samodzielnie daleko i nagle poczuł się bardzo nieswojo. Był głodny i zmęczony a do tego zupełnie nie wiedział jak wrócić do domu. Pomyślał sobie że jest jeszcze bardziej mały i opuszczony i dla dodania sobie otuchy najeżył swoje tęczowe igiełki. Od razu poczuł się lepiej i nawet pohukiwanie sowy w koronach drzew nie mogło go teraz przestraszyć . Tylko kiszki dalej grały mu z głodu marsza. Florkowi ani trochę nie było do śmiechu. Słońce chyliło się ku zachodowi i zachciało mu się spać. Chętnie wskoczyłby teraz do swojego łóżeczka pod cieplutką miękką kołderkę w swoim domu i zasnął, ale dom, Mama, Tata i Matylda byli teraz gdzieś daleko......... Jeżyk postanowił zwinąć się w kulkę i ułożyć się do snu obok sosny na której siedział. Kiedy wreszcie wygodnie się ułożył do snu i na chwilę otworzył jeszcze oczy żeby rozejrzeć się dokoła zobaczyła nad sobą pochylonych:  Mamę, Tatę i Matyldę. Kiedy zniknął nagle po śniadaniu rodzina jeżów szukała go po lesie przez cały dzień. Tymczasem Florek, z pełnym brzuszkiem, tuż po śniadaniu zasnął sobie spokojnie tuż za domem i cała wyprawa do lasu po prostu przyśniła  mu się. Czegoś się jednak przy okazji nauczył. Kiedy zobaczył swoich rodziców i siostrzyczkę ucieszył się bardzo i zawołał : MAMO, TATO, MATYLDO ! NIGDY, PRZENIGDY NIE PÓJDĘ SAM DO LASU , PRZYRZEKAM WAM !