Translate

czwartek, czerwca 11, 2015

Antykwariat „Kolorowy”



      W niewielkim starym domku, ale za to przy głównym rynku pewnego  małego, sennego miasteczka, przy ulicy Niezapominajki pod numerem szóstym, mieścił się niepozorny , prawie zapomniany  sklep. Miał dwa niewielkie okna wystawowe , przez  które można było zajrzeć do jego wnętrza, ale prawdę mówiąc niewiele było przez nie widać. Za to nad wejściem do sklepu wisiał trochę już podniszczony szyld: Antykwariat „Kolorowy”.
      Widać było wyraźnie, że był już kilka razy przemalowywany i odnawiany, ale i tak wyblaknął na słońcu. Teraz na żółtym tle były czerwono-czarne litery, spod których prześwitywało niebieskie tło i żółte litery, a pod niebieskim tłem z żółtymi literami pomarańczowe tło i zielone litery.  Szyld był tablicą do ćwiczeń w liternictwie dla kolejnych właścicieli sklepu, a właściwie właścicielek sklepu Antykwariat „Kolorowy”.
     Do sklepu wchodziło się przez nieco wykrzywione ze starości drewniane drzwi z błyszczącą, mosiężna klamką. Klamka, oczko w głowie właścicielek sklepu, ciągle czyszczona i polerowana, przypominała swoim kształtem kaczy dziób. Po naciśnięciu klamki i uchyleniu drzwi rozlegał się dzwonek, wiszący nad drzwiami. Sygnalizował on, że oto właśnie do sklepu zawitał wyczekiwany z dużą niecierpliwością klient. Sklep posiadał przejście do wnętrza domu, w którym mieszkali właściciele sklepu. Klienci przychodzili o różnych, czasem bardzo dziwnych porach, dlatego też dzwonek nad drzwiami wejściowymi był na tyle głośny, że słychać go było także w domu.
     Antykwariat „Kolorowy” należał od wielu pokoleń do rodziny Lamus-Bałaganiarskich. Teraz sklepem zajmowała się starsza pani, po której nie było widać ile tak naprawdę ma lat, Jadwiga Lamus-Bałaganiarska - nazywana przez członków rodziny i zaprzyjaźnionych klientów Babcią Jagą. W wolnych od nauki i innych zajęć chwilach, wyręczała ją jej ukochana wnuczka, Hortensja.
     Obie, i Jaga i Hortensja były bardzo barwnymi postaciami, i wspaniale pasowały do kolorytu miasteczka. Babcia Jaga, zawsze elegancka, starannie uczesana i umalowana, z ufarbowanymi na rudo włosami, czerwoną szminką na ustach i czerwonym lakierem na paznokciach, okryta przeważnie czerwono-czarną peleryną zawsze gdzieś się spieszyła. Nie sposób było jej nie zauważyć, kiedy biegła uliczkami miasteczka, z duża lnianą torbą na zakupy i małą czarną torebką z pieniędzmi, szminką, flakonikiem perfum oraz telefonem.
     Hortensja - z burzą czarnych niesfornych loków ubierała się na czarno albo na biało, zależnie od nastroju i pogody. Nawet w środku mroźnej zimy nosiła na włosach grube, kolorowe opaski, które sama robiła na drutach. Te kolorowe opaski były jedynym elementem zdobiącym jej czarne bądź białe stroje. W uszach nosiła ogromne, ciężkie, srebrne kolczyki, a na ręku kilka srebrnych bransoletek. Stukot ich butów na obcasach, kiedy któraś z nich przebiegała ulicą  słychać było niemal w całym miasteczku.
     Babcię i wnuczkę, poza zainteresowaniami historią rodziny i miłością do kolekcjonowania oraz do staroci, łączyła wspólna miłość. Była to miłość do indyjskich sari, szali i chust, zrobionych z ogromnych kawałków bardzo zwiewnych materiałów. Można się było nimi otulić, usiąść w fotelu obok kaflowego pieca i czytać jakąś ciekawą książkę. Dlatego często, kiedy tylko nadarzyła się okazja, bywały w sklepie indyjskim, mieszczącym się po drugiej stronie rynku w ich miasteczku. Nie lubiły tylko ani świec zapachowych, ani indyjskich kadzidełek. Po dłuższym przebywaniu od tych zapachów zaczynała je boleć głowa.
     Babcia Jaga przejęła sklep w spadku po swoich rodzicach, Hiacyncie i Tomaszu, ci z kolei po swoich rodzicach, Róży i Wawrzyńcu, a tamci po Scholastyce i Wyszomirze, czyli po praprapradziadkach Hortensji. Jaga, a tym bardziej Hortensja nie miały zielonego pojęcia kto był założycielem rodziny Lamus-Bałaganiarskich ani tego kiedy przybyła do miasteczka. W każdym bądź razie ich rodzina zawsze cieszyła się ogromnym szacunkiem okolicznych mieszkańców. Hortensja wiedziała, że kilka lat temu miasteczko obchodziło 600-lecie nadania praw miejskich, więc przypuszczała, że ich rodzina zamieszkiwała tu od co najmniej 200 lat.
     Jaga od wielu lat zbierała się do rozpoczęcia poszukiwań śladów rodziny w miejskim archiwum i okolicznych szkolnych bibliotekach, które na szczęście ominęła wojna i nie uległy zniszczeniu, ale ciągle miała jakieś inne, ważniejsze sprawy do załatwienia.
     Hortensja, tak jak babcia, zawsze myślała o odnalezieniu korzeni i zrobieniu drzewa genealogicznego, lecz na razie musiała zdać maturę i dostać się  na studia, na wydział historii  oczywiście.
     Od niepamiętnych czasów wszyscy członkowie rodziny - młodzi i starzy - zawsze coś kolekcjonowali i dochowali się całkiem pokaźnych zbiorów różnych rzeczy, stąd też pewnie kiedyś założono Antykwariat „Kolorowy”. Było w nim całe mnóstwo rzeczy zbędnych i nikomu niepotrzebnych, ale przechowywanych skrzętnie w nadziei, że jeszcze komuś kiedyś mogą się przydać.
     Wnętrze sklepu, do którego - jak już wiecie - można było zajrzeć przez okno z ulicy, mimo oświetlenia tonęło w mroku, przez co wyglądało niezwykle tajemniczo. Pod ścianami stały ciemne drewniane regały, sięgające od podłogi aż do sufitu, z mnóstwem półek oraz mniejszych i większych szuflad. Ich uchwyty miały kształty główek zwierząt i ptaków.
     Na środku porozstawiane były rozmaite mniejsze i większe stoliczki na jednej nodze, nakryte pięknie haftowanymi obrusami albo szydełkowymi serwetkami. Stało tam także kilka niewielkich, zgrabnych biureczek, krzesła z misternie rzeźbionymi oparciami i siedzeniami wysłanymi zielonym lub czerwonym pluszem i różne szafeczki. To tu, to znów tam na stolikach i sekretarzykach stały stare, naftowe lampy, teraz przerobione na elektryczne, z pięknie zdobionymi abażurami. Na jednej ze ścian wolnej od regałów stały trzy pękate szafy z uchylonymi drzwiami, przez które było widać wieszaki z różnokolorowymi ubraniami. Niektóre z nich były bardzo, bardzo stare. 
     Na szafach leżały stosy najróżniejszych kapeluszy, kapilindrów i kapelutków, przeważnie damskich, ale można też było znaleźć wśród nich także męskie nakrycia głowy. W kapeluszach można było przebierać do woli i mierzyć je, przeglądając się w ogromnym kryształowym lustrze, które zdobiło drzwi jednej z szaf. Wśród nich był nawet jeden elegancki, choć przykurzony cylinder, w którym mieszkał sobie spokojnie biały królik z najbliższą rodziną. Sprowadził on tutaj swoją rodzinę zaraz po tym, jak wreszcie przestano go wyciągać z cylindra za uszy na oczach publiczności. Królik był takim traktowaniem bardzo zawstydzony i upokorzony. Nie chciał, żeby na to patrzyły jego dzieci, dlatego jego najbliżsi przez długi czas mieszkali osobno.
     Obok szaf, w samym rogu sklepu, stały dwa kosze: jeden wysoki i wąski z różnymi parasolkami, parasolami i laskami. Drugi, raczej przepastny, z damskimi pantoflami i pantofelkami, które już dawno wyszły z mody, ale wciąż jeszcze świetnie nadawały się jako dodatek do przebrania na maskowy bal karnawałowy.
     Na regałach stały osierocone, dawno już przeczytane książki, którym po nocach śniło się, że właśnie wprost z drukarni przywieziono je do księgarni i jeszcze pachną świeżym drukiem. W dzień, kiedy okazywało się, że to był tylko sen, stały spokojnie na półkach, od czasu do czasu szeleszcząc kartkami. Marzyły, żeby znów je ktoś przeczytał.
     W szufladach, między książkami, a także na stojących stolikach i sekretarzykach były porozstawianie i porozkładane różne drobiazgi: wazony i wazoniki, stare wachlarze , apaszki, szale  i szaliki, szkatułki na biżuterię, skarbonki i korale.
     Na samej górze jednego ze środkowych regałów, tuż pod sufitem, można było czasem dostrzec dwa zwisające kocie ogony albo którąś z łap. Domowi ulubieńcy, rudy Heliodor i czarna Tosia, dwa tutejsze koty, miały tam na miękkiej poduszce swój punkt obserwacyjny, z którego miały baczenie na wszystko, co dzieje się pod nimi w sklepie, chociaż mogło się wydawać, że smacznie śpią.
     Każdy dom, a szczególnie stary, ma swoje skrzaty domowe, które pilnują jego mieszkańców, ludzi i zwierząt. Ma też różne tajemnice: nigdy nieopowiedziane opowieści,  skrytki, które tylko przez przypadek mogą być otwarte, a czasem zdarzenia, których nie da się wytłumaczyć, a  nawet tajemne przejścia zbudowane na wszelki wypadek.
     Jeżeli ludzie nie potrafią się porozumieć ze swoimi domowymi skrzatami, to znakomicie robią to zwierzęta i jeżeli tylko nie wejdą skrzatom na odcisk, to znaczy nie zrobią im niemiłego kawału, mogą liczyć na to, że zaprzyjaźnią się ze sobą. Heliodor i Tosia byli kotami raczej przyjaznymi, toteż w miarę szybko zyskali przyjaciół wśród skrzatów w starym domu przy ulicy Niezapominajki  6.
      Życie w miasteczku upływało wszystkim w miarę spokojnie, bez większych burz i niepokojów i nic nie zapowiadało zmian, jakie miały niedługo nastąpić, kiedy oto do Babci Jagi, tuż po świętach Wielkanocy zawitało dwoje dzieci, młodszych kilka lat od jej wnuczki Hortensji. Maja i Psuj Nieczytalscy, cioteczno-cioteczne wnuki Babci Jagi, bliźnięta, dzieci z piekła rodem pojawiły się w miasteczku, jakby w najbardziej słoneczny dzień piorun strzelił. Psuj, a właściwie Marcin, swój przydomek zawdzięczał swoim wyjątkowym zdolnościom. Wszystko co wpadło w jego ręce natychmiast psuł. Ich przybycie w zawsze gościnne progi Jagi i Hortensji miało wywrócić do góry nogami życie mieszkańców starego domu i wielu innych osób w spokojnym dotąd miasteczku. Porównanie ich przybycia do strzelenia pioruna jak się okazało, było bardzo trafne.
     Maja, ruda i piegowata jak strusie jajo, z kręconymi włosami, które były cały czas w nieładzie ani chwili nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Ledwo ktoś ją spotkał przed sklepem Babci Jagi okazywało się, że za moment jest w zupełnie innym miejscu, jakby tam przeszła w butach siedmiomilowych albo przefrunęła na miotle. Buzia jej się nie zamykała od rana do wieczora, ciągle o czymś opowiadała albo o coś pytała. A pytała dosłownie o wszystko. I zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na jej pytanie wyrzucała z siebie jednym tchem kolejne dziesięć. Na jedne odpowiadała sobie sama, inne pozostawały bez odpowiedzi, bo nikt w takim tempie na pytania odpowiadać nie umie. Karabin maszynowy w porównaniu z prędkością zadawania pytań przez Maję strzelał w ślimaczym tempie. Kiedy wreszcie, ciągle niestrudzoną, po całym dniu udawało się ją zagonić do kąpieli i do łóżka, wszyscy domownicy oddychali z prawdziwą ulgą. Nawet koty nie pojawiały się w domu, dopóki Maja była na nogach.
     Marcin, czyli Psuj, delikatny blondynek, z dużymi niebieskimi oczami i uśmiechem od ucha do ucha był tak chudy, że jak się wydawało, mógł go porwać każdy silniejszy podmuch wiatru. Robił wrażenie spokojnego, grzecznego, dobrze wychowanego chłopca, ale to były tylko pozory. Był, jak to mówią „z cicha pękł”, czyli po prostu robił po cichu swoje. Drogę, po której się poruszał znaczyły różne mniejsze lub większe przedmioty, które niestety, po wydostaniu się z jego sprytnych rąk nie nadawały się już do użytku i można je było najspokojniej w świecie po prostu wyrzucić. Uśmiechał się przy tym tak rozbrajająco, że często ludzie nie śmieli stawiać go w kręgu podejrzanych o tę czy inną psotę. Jego siła niszcząca była niczym nieograniczona. Po prostu brał cokolwiek w swoje drobne, delikatne dłonie i po chwili nie było czego ratować.
     Babcia Jaga, zajęta sklepem, nie mogła chodzić za dziećmi krok w krok, a przygotowująca się do matury Hortensja też nie miała na to czasu. Koty, Heliodor i Tosia były bardzo zadowolone ze swojego dotychczasowego życia i nie miały zamiaru mieszać się w żadne awantury ani przykładać swoich kocich łap do pilnowania Mai i Psuja. Senne dotychczas i spokojne miasteczko siłą rzeczy musiało się obudzić i mieć na oku dzieci, które były gośćmi Babci Jagi. Na jak długo? Tego nikt nie wiedział. Nie wiedziały tego nawet ani Jaga, ani Hortensja, ponieważ dzieci zostały przywiezione przez przejeżdżającego tędy znajomego ich rodziców, a wyjaśniający wszystko list, wysłany pocztą, niestety jeszcze nie dotarł do adresatek.
     Jaga nie lubiła takich niespodzianek. Hortensja była już prawie dorosła; ona sama miała rozliczne zajęcia związane z domem, sklepem i działalnością charytatywną. Ciągle brała udział w różnego rodzaju zbiórkach na paczki dla niezamożnych albo zbierała na wakacje dla  dzieci z rodzin wielodzietnych. Dlatego też nie mogła poświęcać całego swojego czasu tej dwójce, która spadła do jej domu jak grom z jasnego nieba.
     Wobec tego dzieci zostały trochę pozostawione samym sobie. W miasteczku wszyscy się znali od niepamiętnych lat, nic złego tu się nie działo, dlatego też dzieci były bezpieczne. Tym bardziej, że mieszkańcy miasteczka ze względu na lubiane przez wszystkich  Jagę i Hortensję postanowili im pomóc i pilnować Mai i Psuja, chociaż ani Jaga ani Hortensja nikogo o to nie prosiły. W ten sposób Maja i Marcin nie biegali po miasteczku samopas i wkroczyli w życie mieszkańców sennego dotąd miasteczka wyrywając ich z nudy, niejednokrotnie rozweselając i doprowadzając do łez ze śmiechu swoimi psotami. Wielu osobom, których dzieci wyjechały do dużych miast na studia albo zostały tam i założyły własne rodziny,  pojawienie się w miasteczku cioteczno-ciotecznych wnuków Babci Jagi przyniosło sporo radości. Różne babcie i dziadkowie prześcigali się w pomysłach czym zająć Maję i Marcina (Psuja) Nieczytalskich żeby nie mieli czasu na ciągle nowe psoty?
      Właśnie, Nieczytalskich. Czy Wam mówi coś to nazwisko? Ani Maja ani Marcin za nic na świecie nie chcieli przeczytać żadnej książki, nawet najcieńszej, nawet jednej stroniczki, nawet jednego krótkiego zdania. Nie interesowały ich także ilustracje w książkach. Gdyby zaczęli przynajmniej oglądać ilustracje może zaciekawiłoby ich czytanie. Czytanie książek to bardzo interesujące zajęcie, czasem zabawa,  a czasem praca. Można się z nich dużo nauczyć i dowiedzieć się wielu, wielu ciekawych rzeczy. Ale jeżeli ktoś ucieka przed czytaniem książek jak diabeł przed święconą wodą…..
     Babcia Jaga zajmowała się sklepem i przygotowywaniem posiłków, Hortensja nauką i pomocą babci w wolnych chwilach. Maja przebiegała przez miasteczko kilkadziesiąt razy dziennie wzdłuż i wszerz jak iskra, a Psuj snuł się zwolna, rozglądając się, co jeszcze może popsuć. Tylko koty niezmiennie wylegiwały się na jednej z najwyższych półek w sklepie i wydawało się, że drzemią cały czas, ale to były tylko pozory. Nikt nie wiedział dlaczego dzieci tu przysłano i na jak długo. Wszyscy się nad tym zastanawiali, ale Babcia Jaga nie miała od lat kontaktu z tamtą częścią rodziny a list, który miał podobno wszystko wyjaśnić jakoś nie nadchodził….
     Pewnego wieczoru, kiedy dzieci poszły wreszcie do łóżek i zasnęły na dobre, Babcia Jaga z Hortensją postanowiły porozmawiać i zastanowić się co mają robić dalej, bo taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Dzieci widocznie z jakiegoś ważnego, choć niezrozumiałego powodu trafiły do nich, więc trzeba było wspólnie omówić sprawę opieki nad nimi. Koty, Heliodor i Tosia, którym już łapki zdrętwiały po całym dniu leżenia na półce i pilnowania sklepu, opuściły niepostrzeżenie swoją miejscówkę, skorzystały z kuwety w łazience, przemknęły do kuchni, do swoich miseczek z jedzeniem i wodą, a potem rozłożyły się jak długie tuż obok kuchenki. Z jej piekarnika unosił się apetyczny zapach niedzielnego ciasta, bo to akurat była sobota. W domu Lamus-Bałaganiarskich od wielu pokoleń istniała tradycja pieczenia na niedzielę drożdżowego placka z rodzynkami.
     Ciasto rumieniło się właśnie w piekarniku, dzieci już dawno spały w swoich łóżkach w gościnnym pokoju, koty mruczały leżąc tuż obok kuchenki i wdychając zapach pieczonego domowego ciasta, a babcia Jaga i Hortensja naradzały się szeptem co dalej z Mają i Psujem? Przecież trzeba tę sytuację jakoś rozwiązać, bo na razie wydawała się niemożliwa do ogarnięcia. Szeptały tak cicho, że koty musiały dobrze wytężać uszy żeby cokolwiek usłyszeć, a domowe skrzaty, które także były zainteresowane tym, co się w domu dzieje, aż wyszły na sam środek kuchni ze swoich tajemnych kryjówek. To bardzo nieładnie podsłuchiwać cudze
rozmowy, ale musiały przecież wiedzieć co dzieje się w domu, którym się od pokoleń opiekowały.
     Nagle wszyscy aż podskoczyli ze strachu, bo przy drzwiach sklepowych zadźwięczał dzwonek. Było już dosyć późno i nikt z domowników nie spodziewał się już o tej porze ani gości, ani interesantów. Pierwsza podbiegła do drzwi Hortensja, która siedziała najbliżej nich, a za nią Babcia Jaga. Nie chciały, żeby dzwonek obudził śpiące już na górze dzieci. Koty nie zareagowały na dzwonek, bo ciągle słyszały go w sklepie, więc teraz nie zrobił na nich większego wrażenia. Leżały sobie spokojnie dalej nie przerywając swojej półdrzemki.
     Tym razem był to listonosz, znany w całym miasteczku pan Jan, z poleconym priorytetem od zupełnie nieznanych osób. Ich nazwisko, wypisane na kopercie jako nazwisko nadawcy listu ani Jadze ani Hortensji zupełnie nic nie mówiło, chociaż list był zaadresowany właśnie do nich. Nic innego im nie zostało jak najzwyczajniej w świecie otworzyć tajemniczą kopertę od nieznanego nadawcy. List musiał wędrować dosyć długo, bo był wybrudzony, wyraźnie podeptany a w dodatku potłuszczony tak, że aż nie chciało się go brać do ręki.
     W końcu Babcia Jaga odważyła się i przystąpiła do ataku. Wzięła list z rąk Hortensji, obejrzała go pod światło i w końcu jednym szybkim ruchem rozerwała kopertę. Zanurzyła dłoń w kopercie, dwoma palcami chwyciła list i zdecydowanym ruchem wyjęła go z brudnej koperty.
     Był to oczywiście od dawna oczekiwany list, w którym ktoś miał udzielić wyjaśnień, w sprawie Mai i Marcina Psuja Nieczytalskich. Nadawcy, Państwo Bezpieczni, od lat zaprzyjaźnieni z rodzicami dzieci, wyjaśniali w swoim liście, że zobowiązali się do tymczasowej opieki nad Mają i Marcinem. Mieli też,  gdyby nieobecność ich rodziców, którzy wybrali się we dwoje na samotną wyprawę szlakiem bezludnych wysp, swoim jachtem „Nadzieja” przedłużała się, mieli odesłać Maję i Marcina do ich cioteczno-ciotecznej babki, Jagi. Zrobili to  przed miesiącem, jednak listu nie wysłali od razu.  O liście, który wpadł przypadkiem pod regał zupełnie zapomnieli i znaleźli go dopiero przy odkurzaniu pokoju. Ponieważ rodzice dzieci wypłynęli pół roku temu i nie dają znaku życia, wysłali dzieci do Babci Jagi tak, jak ich o to poproszono, a teraz przesyłają list z wyjaśnieniem całej sytuacji.
     No to pięknie - pomyślała Jaga. A jeżeli ich rodzice nie wrócą nigdy z tej swojej wyprawy to do końca życia będziemy ich z Hortensją miały na głowie. Trzeba będzie oboje jakoś utemperować, bo przecież rozniosą całe nasze miasteczko wraz z okolicznymi wioskami. Mają w sobie mnóstwo wigoru i najdzikszych pomysłów . Wszystkie normalne dzieci jakie dotychczas znała, oprócz zabaw sporo czasu spędzały nad książkami. Z jednych się uczyły, inne, od najmłodszych lat służyły im do zabawy jak kolorowanki, a jeszcze inne wprowadzały dzieci w świat fantazji, co pomagało im rozwijać wyobraźnię. Sama bardzo lubiła siadywać wieczorami w fotelu z filiżanką dobrej, mocnej herbaty, słuchać mruczenia kotów i okryta ciepłym szlafrokiem czytać książki. Nikt wtedy nie miał już do niej żadnych niecierpiących zwłoki spraw i mogła się spokojnie zagłębiać w lekturze. Kiedy zapadał zmrok, Jaga zapalała na stojącym obok fotela stoliku i czytała dalej… Jej wnuczka Hortensja po babci odziedziczyła miłość do książek i też ciągle czytała.
     Niestety z Nieczytalskimi mogła mieć problem. Oni nie mieli babci kochającej książki, a może w ogóle nie mieli babci? Jaga od lat nie utrzymywała kontaktów z tą częścią rodziny, więc nic o nich nie wiedziała.  Ich rodzice pewnie byli zajęci albo pracą, albo planowaniem podróży po różnych zakątkach świata, albo przygotowaniami do wyprawy i wreszcie samą wyprawą, tak jak teraz. Wypłynęli „Nadzieją” i słuch po nich zaginął, a dzieci, jak kukułcze jaja podrzucili Babci Jadze. 
      Wprawdzie Babcia Jaga i jej wnuczka Hortensja były też ciągle zajęte, a oprócz pracy i nauki  miały też różne zainteresowania, ale z konieczności musiały się baczniej przyjrzeć się Mai i Marcinowi, lepiej ich poznać i zaprzyjaźnić się z nimi na dobre. Tylko wtedy będą mogły jakoś ich „utemperować” jak mawiała Babcia Jaga.
     Mieszkańcy miasteczka, znudzeni szarą codziennością i brakiem rozrywek zawsze chętnie rozmawiali z kimś nowym, kto zjawiał się w okolicy. Dzieci okropnie rozrabiały, ale były za to ładne i potrafiły być miłe,  więc wszelkie  psoty uchodziły im często na sucho. Jeżeli już miały tu zostać nie wiadomo na jak długo, trzeba było zacząć się nimi zajmować i starać się czegoś je nauczyć. Zaczęło się więc od zwiedzania samego miasteczka, chociaż dzieci od razu po przyjeździe same zaczęły spacerować po starych uliczkach, po rynku, po parku i poznawały jego mieszkańców, chociaż wielu z nich już same zdążyły poznać podczas swoich spacerów po miasteczku.  Rynek, jak w wielu podobnych miastach i miasteczkach zajmował centralne miejsce. Wokół niego stały niewielkie, stare domki, pamiętające dawne czasy.
      Od rynku odchodziły dosyć szerokie ulice w każdą stronę świata. Stąd ich nazwy : Północna, Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Były poprzecinane wąskimi uliczkami, które nosiły kwiatowe nazwy: Rezedowa, Nasturcjowa, Pachnącego Groszku, Maciejki, Lawendowa, Różana, Fiołków, Chabrowa, Dziewanny, Konwaliowa, Macierzanki, Rumiankowa, Zawilców i Niezapominajki, gdzie właśnie pod numerem szóstym, jak pewnie pamiętacie, mieścił się Antykwariat „Kolorowy” w małym domku należącym od niepamiętnych czasów do rodziny Lamus-Bałaganiarskich. Do antykwariatu wchodziło się od rynku, ale oficjalnie adres domu to Niezapominajki 6. Wszystkie te małe uliczki o kwiatowych nazwach zawdzięczały je Burmistrzowi, Panu Kwiatkowskiemu, który był prawdziwym miłośnikiem kwiatów i mógł się pochwalić najpiękniejszym ogrodem w miasteczku.
     Maja i Marcin musiały dobrze poznać miasteczko, żeby się w nim nie zgubić i móc bez niczyjej pomocy, z każdego miejsca w mieście trafić do „Antykwariatu Kolorowego”, który miał teraz stać się ich domem nie wiadomo na jak długo.
     Przy okazji spaceru po mieście w towarzystwie Jagi i Hortensji dzieci dowiedziały się, że na następnej ulicy, Pachnącego Groszku mieści się piekarnia, do której codziennie rano przed szkołą trzeba pobiec po świeże pieczywo na śniadanie, a po drugiej stronie rynku, na Konwaliowej jest sklep spożywczy „Margerytka” , w którym kupuje się wszystko do jedzenia oprócz pieczywa. W miasteczku była też lodziarnia Pani Orzeszko, cukiernia Pana Chruścika, księgarnia, apteka Państwa Pigulskich, ośrodek zdrowia, miejska biblioteka, szkoła i przedszkole oraz jeszcze dwa czy trzy inne sklepy, ale nie miały one większego znaczenia.
       W niedziele i święta, szczególnie wiosną, jeżeli było ciepło i latem prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka spotykali się w miejskim parku , dokąd całymi rodzinami chodzili na poobiednie spacery.  Dzieci korzystały z karuzeli i huśtawek, podczas kiedy rodzice i dziadkowie spacerowali rozmawiając ze znajomymi albo siadali na ławkach wzdłuż parkowych alejek i wystawiali twarze do słońca.
    Wreszcie wyjaśniło się, z jakiego powodu Maja i Marcin znaleźli się u Babci Jagi. Nadeszła więc pora na zapisanie ich do szkoły, ponieważ był środek roku szkolnego. Zorganizowanie im czasu wolnego, żeby nie wpadli w jakieś złe towarzystwo było bez szkoły niełatwym zadaniem, bo w miasteczku każdy miał swoje zajęcia i własne sprawy na głowie a wychowywanie dzieci, szczególnie cudzych, pochłania wiele czasu i wymaga mnóstwa cierpliwości.  Wszyscy w miasteczku znali się od lat i każdy doskonale wiedział,  z kim warto się zadawać a z kim nie.
      Maja i Marcin zostali zapisani do szkoły. Każde z nich dostało po nowym komplecie książek, zeszyty, piórniki, konieczne przybory szkolne i piękne kolorowe, nowe plecaki. Te zakupy nie wzbudziły w nich jednak specjalnego entuzjazmu, bo już wiedziały, że będą się reszcie musiały zacząć porządnie uczyć, bo Babcia Jaga i Hortensja, które kochały książki, nie darują im niechęci do nauki i prędzej czy później zmuszą ich do czytania książek.
     Następnego dnia Maja i Marcin szli pierwszy raz do swojej nowej szkoły, chociaż nie mieli na to specjalnej ochoty. Wieczorem, tuż przed zamknięciem antykwariatu, weszli do niego pod pretekstem znalezienia kredek, które były im potrzebne na lekcje rysunków i udało im się niepostrzeżenie przykucnąć w kącie, między jedną z szaf z ubraniami a regałem.
     Koty, zmęczone całodziennym doglądaniem sklepu i głodne wymknęły się  pierwsze do domu,  za nimi wyszły Jaga z Hortensją. Chciały trochę wcześniej zrobić kolację, gdyż  następnego dnia rano trzeba było Maję i Marcina zaprowadzić do nowej szkoły. Nie zauważyły, że dzieci zostały zamknięte w pustym sklepie.
     W sklepie było zupełnie ciemno, nie widać było nawet światła latarni, ponieważ najbliższa latarnia stała dużo dalej i jej światło niestety nie docierało do okien „Antykwariatu Kolorowego” . Jak na mieszkańców miasteczka było już późno, większość z nich już dawno spała, toteż na ulicach też już było pusto. Jaga i Hortensja zajęły się kolacją, myśląc że dzieci są już u siebie w pokoju i pakują książki na jutrzejszy dzień. Plan lekcji dostały w sekretariacie, kiedy Babcia Jaga zapisywała je do szkoły.
      Maja i Marcin z niechęcią myśleli o szkole i za wszelką cenę starali się tej nieprzyjemności uniknąć. Dlatego też wymyślili, że uciekną.  Tymczasem siedzieli zamknięci w sklepie, za oknami robiło się coraz ciemniej, na ścianach pojawiały się tajemnicze cienie i prawdę mówiąc byli trochę przerażeni, no i głodni oczywiście. Zbliżała się pora kolacji, koty już dawno wylegiwały się w ciepłej kuchni,  a oni siedzieli zamknięci w antykwariacie.
      Maja, jak zwykle postrzelona, szukała rozpaczliwie jakiejś drogi wyjścia, ale bezskutecznie. Psuj, czyli Marcin, postanowił metodycznie pooglądać te wszystkie tajemnicze, znajdujące się wokół przedmioty w nadziei, że któryś z nich okaże się w jakiś sposób przydatny. Zwrócił szczególną uwagę na uchwyty szufladek w kształcie główek zwierząt i ptaków. Podobały mu się tym bardziej, że nigdy czegoś podobnego nie widział. Postanowił przyjrzeć się im z bliska. Na szczęście wszystkie szuflady i szufladki znajdowały się na takiej wysokości, że wystarczyło podsunąć pod regały stojący pośrodku solidny, kwadratowy stół, z grubymi, rzeźbionymi nogami i wspiąć się na niego, żeby sięgnąć spokojnie do wszystkich uchwytów. Oboje z Mają wskoczyli na stół. Byli bliźniętami a te zawsze trzymają się razem, szczególnie w trudnych sytuacjach.  Koń, pies, kot, świnia, słoń, lew, hipopotam, byk, wróbel, sowa, sroka, orzeł - prawie wszystkie główki umieszczone na uchwytach szuflad można było rozpoznać poza jedną. Ten uchwyt był nieco większy od pozostałych, a główka była ni to głową zwierzęcia, ni to głową węża, ni to głową ptaka. To smok, skrzydlaty jak wszystkie smoki, ale jego oczy skrzyły się dziwnym blaskiem, podczas kiedy oczy wszystkich pozostałych zwierząt i ptaków umieszczone na uchwytach szuflad były zwyczajne, wyrzeźbione w drewnie i wcale się nie błyszczały.
    Główka smoka jakby zachęcała do tego, żeby jej dotknąć i w trudny do wytłumaczenia sposób przyciągała dłoń Marcina. Dzieci chwyciły się za ręce , chłopiec dotknął główki smoka i pociągnął ją do siebie. Zaczęło się błyskać, a potem dziwny blask rozświetlił wnętrze sklepu. Na szczęście Babcia Jaga, Hortensja, Heliodor i Tosia byli już w mieszkaniu, skrzaty też przyczaiły się w kuchni, czekając na okruchy, które podczas kolacji spadną pod stół, a pozostali mieszkańcy miasteczka siedzieli o tej porze przy kolacji w swoich domach, więc na ulicach było pusto i nikogo nie wystraszyły błyski i blask w antykwariacie.  Szuflada wysunęła się z regału i zaczęła rosnąc i rosnąć i rosnąć. Urosła do rozmiarów sporego samochodu, z wygodnymi, miękkimi siedzeniami i stolikiem zastawionym różnymi przysmakami. Maja i Marcin, oboje głodni po całym dniu jak wilki, wskoczyli do szuflady i zasiedli do jedzenia.
      Nagle szuflada z dziećmi w środku zatrzasnęła się, zaczęła się wyraźnie przesuwać i  wysunęła się  po drugiej stronie. Podróż w szufladzie trwała przez jakiś czas , chociaż mogło się wydawać, że to ułamki sekundy. Dzieci zdążyły więc najeść się i nawet wypić herbatę , która w jakiś dziwny sposób pojawiła się przed nimi na stoliku. Teraz wyszły z szuflady, która zmniejszyła się do normalnych rozmiarów i bezszelestnie wsunęła się na miejsce.
      Maja i Marcin znaleźli się w pokoju pełnym półek od podłogi aż do sufitu, na których stały książki. Książki w grubych, bogato zdobionych oprawach z kolorowymi okładkami i różne cienkie, niepozorne książeczki w tekturowych okładkach. Na niektórych okładkach były przeróżne ilustracje, na innych tylko napisy : imię i nazwisko autora i tytuł.
     Po środku pokoju wyłożonego grubym, puszystym dywanem stał spory, okrągły, drewniany stół, a obok niego dwa krzesła z miękkimi, wyściełanymi  siedzeniami i wysokimi wygodnymi oparciami. Pod regałami stała też bardzo wysoka drabina, ustawiona tam pewnie po to, żeby można z niej było sięgnąć do książek z najwyższych półek. Drabina miała specjalne kółka, żeby  było ją łatwo przesuwać.
    Ucieczka przed pójściem do szkoły udała się, ale co dalej? Trzeba było znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, a przede wszystkim wydostać się z tego pokoju pełnego książek na świat, jeżeli w ogóle poza tym pokojem istniał jakiś świat , na który można było wyjść.
     Na razie Maja i Marcin byli uwięzieni w jakiejś ogromnej bibliotece, a przecież książki to, to czego najbardziej nie lubili i co ich w ogóle nie interesowało. Żeby tu przynajmniej był jakiś komputer i Internet… Na razie musiały im wystarczyć książki. Jak to możliwe, że oni, Nieczytalscy, którzy nie znosili książek, uciekając przed szkołą znaleźli się nagle w pokoju, który jest biblioteką? Ktoś z nich pewnie sobie zażartował, tylko po co? Tego nie wiedzieli. Byli zmęczeni po całym dniu pełnym wrażeń , wizycie w sekretariacie nowej szkoły, wyprawie do sklepów po przybory szkolne i podręczniki, wreszcie podróżą w szufladzie z uchwytem w kształcie główki smoka. Bardzo chciało im się spać, więc postanowili położyć się na podłodze w kącie, pod regałami i wyspać się,  a potem pomyśleć co dalej. Ułożyli się więc na dywanie pod regałami, przytuli się do siebie i zasnęli.
     Następnego dnia, chyba to był następny dzień, chociaż biblioteka nie miała okien i trudno było się zorientować, w każdym razie kiedy się wyspali w jednym roku pokoju pojawiły się drzwi z błyszczącą, mosiężną, klamką w kształcie kaczego dzioba. Taką klamkę widzieli już gdzieś jakiś czas temu, ale nie zwrócili na to uwagi. Zaciekawieni nacisnęli klamkę i znaleźli się w przestronnej łazience , w której wszystko jakby specjalnie czekało na nich. Nawet czyste ubrania na zmianę. To prawda, nie lubili czytać książek, ale byli niezwykle czyści i nie znosili wkładać następnego dnia tych samych ubrać co poprzedniego.
     Po skorzystaniu z łazienki, wrócili do pokoju, a właściwie  do biblioteki. Drzwi z mosiężna klamką w  kształcie kaczego dzioba zniknęły, a na stole znaleźli przygotowane śniadanie. Postanowili najpierw zjeść,  a dopiero potem zastanowić się co robić dalej.  Utknęli gdzieś w środku, między tą a tamtą stroną. Nie mieli zielonego pojęcia co dalej robić, nie mogli  się o to nikogo zapytać, ponieważ byli tu zupełnie sami. Otaczały ich tylko półki z mnóstwem książek. Pamiętali, że wczoraj, chociaż nie byli wcale pewni że to było wczoraj, chcieli uciec z domu Babci Jagi przed pójściem do szkoły.
     Maja i Marcin zjedli śniadanie, na szczęście nie musieli po sobie sprzątać, bo cała zastawa zniknęła tak nagle, jak się przedtem pojawiła ze śniadaniem na stole. Usiedli na krzesłach i zaczęli się zastanawiać co mają robić dalej. Nie bardzo im się uśmiechało siedzenie w więzieniu, wprawdzie bez krat w oknach, ale też bez okien i drzwi, za to otoczonych samymi książkami. Lubili swoje towarzystwo i świetnie się ze sobą czuli, można nawet powiedzieć że jedno bez drugiego nie potrafiło żyć, ale co innego jeżeli byli do tego zmuszeni przez jakąś nieznaną siłę. Siedzieli więc na krzesłach przy stole i rozglądali się uważnie wokoło. Książki jak książki, nigdy się nimi specjalnie nie interesowali, jeżeli już musieli jakąś przeczytać bo zadano im to na lekcji, robili to bardzo niechętnie! Niechęć do czytania książek przysparzała rodzinie Nieczytalskich mnóstwa mniejszych i większych kłopotów. 
     Maja była o wiele bardziej rezolutna, sprytniejsza niż jej brat bliźniak Marcin, który był raczej powolny i w ruchach i w myśleniu. Wszystkie książki stały w równych szeregach, starannie  poukładane wielkością i kolorami okładek. Podzielono je też na te w twardych oprawach i te w miękkich oprawach.  Rozglądając się po półkach regałów z książkami nagle zauważyła, że na jednej z półek ten porządek został jakby zakłócony. Między grubymi tomami w twardych złoconych oprawach, na piątej półce od dołu, która byłą  jednocześnie piata półka od góry, w środkowym regale,  stała mała, niepozorna książeczka w miękkiej oprawie, w dodatku obłożona w gazetowy papier. Książeczka najwyraźniej bardzo chciała być zauważona bo jednym rogiem wystawała nieco z półki. Zaintrygowana tym Maja postanowiła ja zdjąć i przyjrzeć się jej dokładniej. Oczywiście nie mogła tego zrobić bez pomocy Marcina, bo półka była dosyć wysoko, a drabina, wprawdzie na kółkach, ale żeby ją przesunąć potrzebne były dwie osoby.
     Kiedy książeczka znalazła się wreszcie na stole, dzieci zaczęły ją z zaciekawieniem oglądać. Litery zmieniały swoje kolory i skakały im przed oczami tworząc coraz to nowe zdania. Czasem zaczynały grać w różne gry, albo śpiewać śmieszne piosenki. Obrazki, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ożywały i czasem wciągały któreś z nich do środka. Raz Maja, raz Marcin stawali się bohaterami historii opisanych w książeczce i mogli mieć wpływ na zakończenie każdej z nich. Czas w bibliotece, która była chyba biblioteką jakieś wróżki, upływał im bardzo szybko.
     Z książeczki zdjętej z półki przez Maję wyfruwały różnokolorowe motyle. Motyle  siadały na książkach, a dzieci wyjmowały te książki z regałów, przeglądały  je i czytały jedną po drugiej. Szukały wskazówki, jak wydostać się z tej biblioteki - pułapki w której się znalazły. Szukając wskazówek brały do rąk jedną książkę, następną książkę, jeszcze następną i kolejną. Nigdy dotąd nie myślały, że oglądanie i czytanie książek może być takie ciekawe i przyjemne, bo przecież uciekały przed czytaniem książek  jak diabeł przed wodą święconą.
     Każde z dzieci, Maja i Marcin miały przed sobą kilka mniejszych i większych stosów książek, które zdążyły przeczytać lub choćby przejrzeć. W każdej z książek trafiały na zakładkę z kartki papieru a na tych kartkach były zapisane litery. Litery były ponumerowane, ale nie były ułożone w kolejności. Pewnie komuś chodziło o to, żeby dzieci same ułożyły zdania z pojedynczych liter na zakładkach,  które znajdowały się w książkach.
     W końcu Maja i Marcin zmęczyli się wchodzeniem i schodzeniem po drabinie i wyciąganiu z półek kolejnych książek, przeglądaniem ich i szukaniem papierowych zakładek. Na niektórych półkach z książkami przerzedziło się, ale na innych było jeszcze ciasno. Na podłodze pojawiały się kolejne słupki zdjętych z regałów książek, a na stole rósł stosik papierowych zakładek z tajemniczymi literami i numerami. Pewnie minął kolejny dzień, ale z powodu braku okien nie było wiadomo ile czasu upłynęło czy tylko kolejny dzień a może kilka dni?
     Zrobili się znów głodni. Na stole pojawiło się jedzenie. Nie wiadomo było czy to śniadanie, czy obiad czy kolacja. Później zza regału wysunęły się drzwi do łazienki, te z klamką w kształcie kaczego dzioba. Maja i Marcin po wyjściu z łazienki zmęczeni pracowicie spędzonym czasem, ułożyli się, jak poprzednio, na puszystym dywanie pod regałami i zasnęli. Śniło im się, że wracają ze szkoły, w której poznali wiele nowych koleżanek i kolegów  i świetnie się w ich towarzystwie bawili. Ich nowa pani przypominała ciocię Hortensję, a pani dyrektor była podobna do Babci Jagi. Po szkole prędko wrócili do domu, zjedli obiad, odrobili lekcje i poszli pobawić się do pobliskiego parku.
     W tym momencie obudzili się, jednak okazało się, że tak jak przedtem, dalej znajdują się  w znanej bibliotece. Przejrzeli zgromadzone na stole papierowe zakładki z literami i cyframi, ale nic jeszcze nie mogli z nich wyczytać, chociaż układali je na różne sposoby. Widocznie czar, który ktoś na nich nałożył jeszcze nie prysnął, więc dalej zdejmowali z regałów kolejne książki i przeglądali je uważnie. Nigdy nie widzieli tylu książek na raz w jednym miejscu, a tym bardziej tylu książek nie czytali. Tymczasem jakaś nieznana siła trzymała ich w tym pokoju i kazała zdejmować z półek kolejne książki. To było bardzo męczące. Marzyli o tym, żeby się stąd w jakiś sposób wydostać, nawet, jeżeli będą musieli jednak pójść do tej szkoły, do której zapisała ich Babcia Jaga.
     Widocznie jednak nie zasłużyli jeszcze na wolność. Po tym, jak kolejny raz skorzystali z łazienki, na stole znów pojawiło się jedzenie. Następnie wszystko ze stołu zniknęło, pozostały tylko tajemnicze papierowe zakładki z literami i cyframi. Kolorowe motyle znów zaczęły siadać na książkach ,a Maja i Marcin zdejmowali je z półek i szukali w nich zakładek.
     Po pewnym czasie wszystko w pokoju zaczęło wirować, a książki same zaczęły wskakiwać na swoje dawne miejsca na półkach w regałach. Stół na środku także zaczął wirować, a leżące na nim papierowe zakładki zaczęły się układać jak puzzle tworząc jakiś napis. To była wskazówka, której szukali Maja i Marcin, ale nie oczekiwali tego, co tam przeczytali:
Kochane dzieci! Wypływamy naszą „Nadzieją” na wyprawę naszego życia szlakiem bezludnych wysp i mamy nadzieję, ze powrócimy z tej wyprawy cali i zdrowi, ale nie wiemy jak długo nas nie będzie. Tymczasem zostawiamy Was pod opieką naszych przyjaciół, Państwa Bezpiecznych. Gdyby jednak nasza nieobecność się przedłużała poprosiliśmy ich, żeby odesłali Was do Waszej cioteczno-ciotecznej babki, Babci Jagi Lamus-Bałaganiarskiej i jej wnuczki, Hortensji. Obie mieszkają w małym, spokojnym miasteczku i prowadzą tam sklep, który nazywa się Antykwariat „Kolorowy”. Od dawna nasze rodziny nie utrzymują ze sobą kontaktu, ale wiem, że są dobre , miłe i mądre i na pewno będziecie pod dobrą opieką. Bądźcie grzeczni, posłuszni,  zachowujcie się rozsądnie, uczcie się  i czekajcie na nasz powrót. Kochający Was Mama i Tata .
    List od mamy i taty ! Tego ani Maja ani Marcin się nie spodziewali. Nie oczekiwali także tego, że książki, których tak nie lubili czytać, pomogą im być może odzyskać ich nieco zakręconych rodziców, za którymi oboje bardzo tęsknili. Teraz musieli się tylko jak najprędzej wydostać tego tajemniczego pokoju zastawionego książkami, który ich w jakiś niewytłumaczalny sposób uwięził. Teraz wreszcie wiedzieli dlaczego! Musieli znaleźć list od swoich rodziców i potrudzić się, żeby go przeczytać. Co dalej? Wrócą na Niezapominajki 6 do Antykwariatu „Kolorowego” Babci Jagi, Hortensji i kotów czy los ich rzuci gdzieś dalej, w nieznane miejsca i będą mieli jakieś nowe przygody?
     Prawdę mówiąc, byli już oboje zmęczeni tym wszystkim co ich spotkało i zatęsknili za starym domem, Babcią Jagą, Hortensją, Heliodorem, Tosią i wszystkim mieszkańcami tego małego, sennego miasteczka z którymi już zdążyli się zaprzyjaźnić. Nie myśleli już o ucieczce przed szkołą, tylko o tym, jak wrócić do domu. Nawet nie przerażało ich już myśl, że pewnie w szkole trzeba będzie czytać książki. Może czytanie książek wcale nie jest takie złe ani nudne jak im się dotąd wydawało?
     Tymczasem usiedli przy stole, żeby naradzić się co dalej mają robić. Wszystkie książki stały już z powrotem równo poustawiane na półkach, tak jak przedtem, a przed nimi leżała tylko jedna, mała, niepozorna książeczka, ta, która pomogła im znaleźć w pozostałych książkach fragmenty listu napisanego przez rodziców. Postanowili zatrzymać ją na pamiątkę, tak jak znaleziony list.
      Kolacja była już gotowa, herbata parzyła się w grubiutkim, śmiesznym białym czajniku z czerwoną pokrywką, czerwonym dzióbkiem i czerwonym uchem,  przypominającym śniegowego bałwana. Na stole Hortensja porozstawiała już talerzyki, serwetki  i rozłożyła sztućce. Na półmisku leżała wędlina i sery. Obok stała miseczka  sałatki z pomidorów i słoik pysznych domowych powideł smażonych z pomarańczową skórką . Koty właśnie dostały jedzenie i rzuciły się na wyścigi każdy do swojej miseczki. Codziennie robiły zawody,  kto pierwszy zje swoją porcję. Domowe skrzaty też już były obecne i czekały spokojnie na okruszki, które spadną podczas kolacji ze stołu.
     Nie było jednak Mai i Marcina. Po obiedzie poszli na górę, do swojego pokoju, żeby spakować plecaki na następny dzień do szkoły. Nic więc dziwnego, że nie plątali się, jak codziennie pod nogami. Teraz jednak, kiedy kolacja była już gotowa, a oni nie zjawili się, głodni jak zwykle przy stole, Babcia Jaga nieco się zaniepokoiła i wysłała na górę Hortensję, żeby sprawdziła,  co się z nimi dzieje.
     Hortensja weszła do gościnnego pokoju, gdzie mieszkały dzieci, ale nie zastała ich tam.     Zaczęła poszukiwania od zajrzenia do przepastnej szafy i pod ogromnie, ciężkie, rzeźbione łoże w nadziei, że chcą zrobić psikusa i po prostu gdzieś się dobrze ukryły, ale ich nigdzie nie zobaczyła. W międzyczasie na dworze zrobiło się ciemno, niebo było pochmurne i nawet gwiazd ani księżyca nie można było zobaczyć. Dlatego też było niemożliwe, żeby dzieci o tej porze biegały jeszcze gdzieś po miasteczku.
     Babcia Jaga czekała na Hortensję i dzieci na dole, w kuchni, ale gdy wnuczka zeszła sama, naprawdę się zaniepokoiła. Miała już swoje lata ale jak żyje, nigdy nikt, kto był pod jej opieką tak po prostu w ciągu zaledwie czterdziestu pięciu minut, bo tyle minęło, kiedy zamknęły z Hortensją sklep, nie zaginął.
    No cóż, trzeba było iść do sklepu i dobrze się rozejrzeć, gdzie też się dzieci ukryły. Jeżeli nie ma ich w domu, to z całą pewnością muszą być gdzieś w zakamarkach sklepowych. Pewnie chciały zrobić Babci Jadze i Hortensji kawał przed jutrzejszym pójściem do szkoły i postanowiły się pobawić z nimi w chowanego. Drzwi między sklepem a mieszkaniem zostały otwarte, zapalono w sklepie wszystkie możliwe światła, a nawet przyniesiono latarki. Koty, zaniepokojone  bieganiną o tej porze,  oderwały się od swoich miseczek i także powędrowały do sklepu, bo to był teren, na który codziennie miały baczenie, więc teraz też musiały wiedzieć co się dzieje i postanowiły wziąć udział w poszukiwaniu zaginionych albo zbiegów. Koty czuły przez swoją kocią skórę, że uda im się odnaleźć Maję i Marcina. Nawet domowe skrzaty tym razem wyjątkowo chętnie pofatygowały się razem z całą resztą towarzystwa do sklepu na poszukiwanie dzieci.
     Szukanie, wołanie, prośby i groźby nie dały żadnego rezultatu. Nigdzie żadnego, nawet najmniejszego śladu. Maja i  Marcin zniknęli, można powiedzieć, że wyparowali  jak kamfora. I co teraz począć? Nie dość, że wszyscy, poza kotami, które zdążyły już coś podjeść, byli naprawdę głodni, to zastanawiali się,  co też mogło się z dziećmi stać…. Babcia Jaga rwała sobie z rozpaczy włosy z głowy. Zawsze taka dokładna i uporządkowana nagle nie potrafiła upilnować dwójki dzieci? Jak to jest możliwe? A jednak Mai i Marcina nie było i już.
     W pewnym momencie koty zaczęły nadsłuchiwać, jakby usłyszały z oddali czyjeś głosy. Nagle stanęły na dwóch łapkach  i na moment oba zastygły w bezruchu. Babcia Jaga i Hortensja także się zatrzymały, zaczęły nadsłuchiwać i rozglądać się po sklepie. Były pewne, że jeżeli Mai i Marcina nie w domu, to na pewno muszą być gdzieś w sklepie.   Tylko gdzie? Sprawdziły przecież kilka razy wszystkie szafy, kosze, miejsca obok, pod i za regałami. Nie miały już pomysłu gdzie jeszcze miały by  ich szukać.
     W sklepie panował półmrok, chociaż pozapalano wszystkie stojące tam lampki i lampy oraz przyniesione z domu latarki. Nagle uwagę wszystkich zwrócił jakiś błysk. Co to było? To chyba oczy smoka tak błysnęły.  To było bardzo, ale to bardzo dziwne. Babcia Jaga i Hortensja sprawdziły kolejny raz wszystkie uchwyty od szuflad w kształcie główek zwierząt i ptaków. Rzeczywiście jedna z nich była w kształcie głowy smoka, a oczy tego smoka migotały to czerwonym, to niebieskim, to żółtym to zielonym blaskiem.
     Koty, Heliodor i Tosia, zawsze odważne i gotowe do skoku, kiedy w sklepie pojawiały się myszy a nawet szczury, teraz cofnęły się do tyłu, chowając się za Babcię Jagę i Hortensję. Tuż za nimi przykucnęły zaniepokojone nie na żarty skrzaty. Cóż było począć Babcia Jaga musiała sama zbadać niepokojące zjawisko mieniących się  różnymi kolorami oczu rzeźbionego smoka. Hortensja była jednak szybsza. Zauważyła, że jedna z szuflad jest niedosunięta i sączy się z niej słoneczne światło. Wskoczyła na drabinę przysuniętą do regału, chwyciła głowę smoka i… pociągnęła do siebie szufladę.
     Szuflada którą pociągnęła,  nagle urosła do rozmiarów wygodnej i miękkiej kanapy z salonu Babci Jagi. Hortensja natychmiast na nią wskoczyła i zaczęła na oczach wszystkich wjeżdżać z szufladą a może kanapą w regał. Cały świat zaczął jej wirować przed oczami i nagle znalazła się w ogromnej bibliotece. Nie znała tej biblioteki, chociaż bywała stale we wszystkich bibliotekach jakie były w miasteczku i w niedalekiej okolicy. Hortensja, wychodząc z drugiej strony regału z szuflady-kanapy sprytnie zablokowała ją własnym kapciem, żeby ta nie mogła się zamknąć z powrotem. Pomyślała, że w ten sposób umożliwi jej powrót do domu, do Babci Jagi i kotów.
     Zeskoczyła z kanapy, rozejrzała się po  nieznanej bibliotece, pełnej pięknych książek w różnokolorowych oprawach poustawianych na półkach. Na samym środku zobaczyła duży, drewniany, okrągły stół z pięknie rzeźbionymi, ciężkimi nogami. Obok stołu stały dwa wygodne krzesła, z miękkimi, wyściełanymi siedzeniami obciągniętymi bardzo eleganckim aksamitem w kolorze bordo i wysokimi, rzeźbionymi, podobnie jak nogi stołu, oparciami. Na krzesłach, siedzieli Maja z Marcinem, pod głowy podłożyli swoje dłonie   i spali. Przed nimi na stole leżał mała, niepozorna książeczka w miękkiej oprawie.
     Hortensja ucieszyła się, że Maję i Marcina. Zaczęła ich budzić bardzo delikatnie, żeby widząc ją nagle nie wystraszyły się. Pewnie i tam musiały czuć się nieswojo kiedy przeleciały w sklepowej szufladzie i znalazły się nagle w jakimś nieznanym, zupełnie innym świecie poza sklepem i miasteczkiem, które już zdążyły poznać. Dobrze, że przyszło jej do głowy, żeby zablokować szufladę, aby się nie zamknęła. Dzięki temu mogła teraz razem z Mają i Marcinem wskoczyć do szuflady zanim ta zniknie. Maja z książeczką w dłoniach, Marcin, Hortensja wskoczyli do szuflady – kanapy. Wszystko znów razem z nimi zaczęło wirować ale nie bali się tak, jak poprzednio, bo przecież była z nimi Hortensja.
      Babcia Jaga, Heliodor, Tosia i ich domowe skrzaty zastygli w oczekiwaniu co się zdarzy dalej, po tym, jak Hortensja wskoczyła do szuflady z gałką w kształcie główki smoka i gdzieś zniknęła. Nikt nie śmiał się poruszyć i nawet wstrzymywali oddech czekając w napięciu na to, co się dalej wydarzy. Oba koty uniosły ogony do góry i całe najeżyły się ze strachu, a wąsy stanęły im dęba. Znów coś zazgrzytało, załomotało a w oddali pojawiło się żółto-zielono-czerwono-niebieskie światło, które coraz bardziej się zbliżało, aż w sklepie zrobiło się zupełnie jasno, jak w słoneczny , letni dzień. Szuflada z gałką w kształcie główki smoka nagle otworzyła się. Wyskoczyli Maja, Marcin i Hortensja, cali , zdrowi i roześmiani, choć nieco przerażeni. Maja trzymała w ręku małą książeczkę w miękkiej oprawie, z której wyfrunęły różnokolorowe motyle i pousiadały w różnych miejscach. Sklep stał się dzięki temu jeszcze bardziej kolorowy i niezwykły. Przygoda, którą przeżyli wyszła dzieciom tylko na zdrowie. Dzięki niej Maja i Marcin Nieczytalscy stali się odtąd prawdziwymi molami książkowymi, najsympatyczniejszymi, jakich kiedykolwiek poznałam.
Wreszcie całe towarzystwo spokojnie usiadło do kolacji, bo poszukiwania zaostrzyły wszystkim apetyt. Maja i Marcin musieli szybko zjeść, umyć się i iść spać bo następnego dnia czekała ich nowa szkoła.  Opowiadanie o tym, co im się przydarzyło , jak znaleźli list od swoich rodziców i co w nim przeczytali,  pozostawiono na następny dzień po powrocie ze szkoły.


     
    


sobota, kwietnia 04, 2015

Wiosenne życzenia



Kochane Dzieci!

Z okazji tych wiosennych świąt, choć u niektórych za oknem pada śnieg, życzę Wam zebyście znalazły duuuuuuużooooo wielkanocnych jajek z przysmakami w środku, który podrzuciłem w różnych miejscach. Tylko musicie ich poszukać. Życzę wesołęj zabawy. Wasz Wielkanocny Zajączek

poniedziałek, marca 23, 2015

KICUŚ

Opowiem Wam historyjkę   o Kicusiu,  małym, różowym, wielkanocnym zajączku, która smutno się zaczyna a wesoło kończy. W dużym wiklinowym koszu, pełnym różnokolorowych pisanek, tuż obok cukrowego baranka zajadającego zieloną rzeżuchę siedział sobie cichutko w kąciku Kicuś, mały, wielkanocny zajączek z różowego futerka. Kicuś ciągle wszystkim się martwił i z tego zmartwienia opadło mu aż jedno ucho, dzięki czemu,  każdy kto na niego spojrzał od razu wiedział, że Kicuś czymś bardzo się martwi. Zajączek prawie do nikogo się nie odzywał, a kiedy coś mówił robił to tak cichutko, że nawet mucha przefruwająca w powietrzu zagłuszała jego słowa. Kicuś bardzo chciałby pobawić się z małym cukrowym barankiem podjadającym wielkanocną rzeżuchę, który co jakiś czas podzwaniał zawieszonym na szyi złotym dzwoneczkiem, pobekiwał wesoło i machał swoim białym ogonkiem, ale nie śmiał się odezwać do baranka. Baranek spoglądał na zajączka spod oka i uśmiechał się do niego jakby chciał powiedzieć : ja też mam ochotę na zabawę z Tobą, ale żaden z nich nie miał odwagi zaczepić drugiego.  Wszystko to obserwowała z drugiego końca wielkanocnego koszyka czekoladowa kurka, pilnująca przycupniętych wokół niej, czekoladowych kurczaczków. Myślała sobie jaka  to wielka szkoda  że zajączek siedzi sobie taki zmartwiony i osamotniony w kolorowym wielkanocnym koszyku bo ŚWIĘTA WIELKANOCNE SĄ NAJBARDZIEJ RADOSNYMI I NAJWAŻNIESZYMI ŚWIĘTAMI dla wielu ludzi na całym świecie i dlatego nikt, ale to nikt , nie powinien być wtedy smutny ! Poza tym oznaczają także koniec zimy i nadejście wiosny kiedy całą przyroda po długiej zimie budzi się do życia. Kiedy wiosną wychodzimy  do ogrodu, pójdziemy na spacer do parku albo do lasu od razu zauważamy kiełkujące nieśmiało różne roślinki, słyszymy rozśpiewane ptaki, a nawet, jeżeli staniemy na chwilę cichutko zobaczymy jak ptaki spieszą się znosząc budulec na nowe gniazda..... Wszyscy się wtedy bardzo spieszą i czasem nawet w pośpiechu  wpadają na siebie, ale trzeba uważać,  BO NIEUWAŻNE POTRĄCANIE INNYCH JEST BARDZO NIEGRZECZNE i jeżeli już nam się to zdarzy trzeba głośno i wyraźnie powiedzieć PRZEPRASZAM. Kiedy kurka myślała o tym wszystkim zrobiło jej się bardzo przykro i postanowiła coś zrobić, żeby trochę ośmielić zajączka bo PODCZAS JAKICHKOLWIEK ŚWIĄT NIKT NIE POWINIEN BYĆ SAM I NIKOMU NIE MOŻE BYĆ SMUTNO.
Kurka razem ze swoimi dziećmi wyruszyła więc na wyprawę w drugi koniec wiklinowego wielkanocnego kosza, żeby zaprzyjaźnić się z małym różowym zajączkiem który tak smętnie rozglądał się dookoła. Wprawdzie odległość jaka ich dzieliła od różowego zajączka nie była taka wielka ale podróż na drugi koniec kosza okazała się wcale niełatwa.  Po drodze trzeba było pokonać mnóstwo przeszkód, co szczególnie dla krótkich łapek czekoladowych kurczaczków było dosyć trudnym zadaniem.
Każde z kurczątek niosło plecak – futrzane zwierzątko  wypchany świątecznymi smakołykami na drogę, a najmniejszy kurczaczek, z najkrótszymi nóżkami,  siedział sobie wygodnie na grzbiecie mamy i aż popiskiwał z radości. Wszyscy maszerowali dzielnie naprzód, przedzierając się przez zielony gąszcz gałązek borówek które przybierały wielkanocny kosz i co jakiś czas ześlizgiwali  się po różnokolorowych pisankach. Kiedy przechodzili obok cukrowego baranka ze złotym dzwoneczkiem, podjadającego z ogromnym apetytem mięsistą, zieloną, rzeżuchę, ten pokiwał im dla dodania odwagi łebkiem i mrugnął porozumiewawczo okiem jakby chciał powiedzieć : szczęśliwej drogi !

Tymczasem Kicuś siedział sobie dalej cichutko i już okropnie mu się nudziło, ale dalej się nie odzywał do nikogo. Już prawie miał się rozpłakać BO KAŻDEMU KTO NIE MA ŻADNEGO PRZYJACIELA JEST BARDZO, ALE TO BARDZO SMUTNO, gdy nagle zobaczył z oddali czekoladową kurkę z kurczątkami. Nie wierzył własnym oczom, ale kiedy całe towarzystwo zbliżyło się do niego, aż zapiszczał z radości, zaczął podskakiwać i klaskać w łapki. Wokół niego zaroiło się od wesołych małych kurczaczków które się okropnie głośno przekrzykiwały, bo każdy z nich chciał się pierwszy przywitać z Kicusiem. Kiedy już każdy przywitał się z każdym, kurka powyciągała świąteczne smakołyki które dźwigały w swoich plecakach kurczaczki i zaczęła się PRAWDZIWA ŚWIĄTECZNA UCZTA ! Zajączek, kurka i kurczaczki zaprzyjaźnili się bardzo ze sobą i odtąd nikt już nie był samotny ani smutny! PRAWDZIWI PRZYJACIELE SĄ BARDZO NAJWIĘKSZYM SKARBEM! Zajączek nie spodziewał się, że kurczaczki przemyciły w plecakach plastikowe jajeczka do polewania wodą i następnego dnia już od rana miały zamiar zrobić Kicusiowi ŚMIGUS DYNGUS ale to tajemnica !

środa, grudnia 24, 2014

WSYSTKIM SWOIM CZYTELNICZKOM I CZYTELNIKOM SKŁADAM NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA  Z OKAZJI BOŻEGO NARODZENIA I NADCHODZĄCEGO NOWEGO 2015 ROKU Z ZALANEJ DESZCZEM ŚWIATECZNEJ
WARSZAWY
EWA





Ulica Nowy Świat w Warszawie

Świąteczne oświetlenie obok pałącu królewskiego w Wilanowie

Jeszcze przed Nowym Rokiem wkleję nową bajkę o Czekoladowym Mikołaju. napiszę ja w noc wigilijną bo to czarodziejska noc :)

wtorek, listopada 11, 2014

Świateczne przygotowania

W Niebie panował okropny harmider. Wszyscy gdzieś przed siebie pędzili, choć nie bardzo wiedzieli, dokąd i po co  aż tak bardzo się spieszą. Aniołki potykały się co krok i gdyby nie skrzydełka,  porozbijały by sobie noski. Już czas, już czas, nie zdążymy, nie zdążymy i dzieci nie dostaną prezentów...
A gdzie jest Święty Mikołaj ? Wszyscy szukali Świętego Mikołaja, a tymczasem staruszek  spał sobie spokojnie na miękkiej poduszce, przykryty ciepłą kołdrą i śniło mu się, że znów jest małym chłopcem, który niecierpliwie czeka na prezenty które ma dostać pod choinkę. Napisał przecież już dawno  list do Świętego Mikołaja prosząc o rower, koniecznie czerwono-żółty, o wielką kolorową piłkę plażową i małego, żywego, łaciatego pieska który byłby jego najwierniejszym przyjacielem.
 Z kuchni dochodziły najprzyjemniejsze świąteczne zapachy : kapusty z grzybami, zupy grzybowej i barszczu,  wanilii i zapachu migdałowego, pieczonego ciasta, maku z bakaliami, a przede wszystkim pierników, których w te święta nigdy nie mogło zabraknąć.... Święty Mikołaj już właśnie wyciągał rękę, żeby wyjąć spod choinki najmniejszą paczuszkę, zawiniętą w piękny błyszczący papier w złote gwiazdki , zawiązany aksamitną, czerwoną wstążką. Wbrew pozorom najmniejsze prezenty bywają najcenniejsze. Więc Święty Mikołaj właśnie wyciągnął rękę po paczuszkę, kiedy nagle ... obudził go dźwięk dzwonków przy saniach i pobrzękiwanie uprzęży.
Renifery były już zaprzężone do sań  i postukiwały  niecierpliwie racicami w oczekiwaniu na moment, kiedy wzbiją się w usłane  gwiazdami niebo żeby w porę dotrzeć z gwiazdkowymi prezentami do wszystkich dzieci na całym świecie, które  napisały listy do Świętego Mikołaja, a także do tych, które nie napisały listów bo nie miały odwagi i teraz siedzą smutne i samotne nie mając nadziei na żaden prezent. Aniołki i Dobre Duszki żwawo krzątały się upychając na saniach ostatnie worki z prezentami. Wydawać się mogło, że tyle prezentów (te, które były zamówione i prezenty  niespodzianki dla tych, co nie mieli odwagi o nic prosić) nie zmieszczą się w saniach, ale w bajce wszystko jest przecież możliwe, więc sanie okazały się  bezgranicznie pojemne.
Kiedy Święty Mikołaj miał rozpakować swój prezent, nagle się obudził, wyjrzał przez okienko swojego domu, zobaczył gotowy zaprzęg, załadowane prezentami sanie więc co sił w nogach popędził po swój czerwony  strój. Co by powiedziały dzieci na całym świecie, gdyby nagle wyglądając przez okno,  ujrzały Świętego Mikołaja w piżamie?
Piękny sen Świętego Mikołaja nagle się skończył, ale gdzieś głęboko, w sercu, nadal był małym chłopcem czekającym na prezenty, bo tak naprawdę wszyscy dorośli, nawetr babcie i dziadkowie,  w głębi duszy zawsze pozostają małymi dziewczynkami i małymi chłopcami, chociaż najczęściej nie chcą się do tego przyznać. 


Mikołajkowa niespodzianka


W pewnym bardzo niewielkim domku, na przedmieściach małego miasteczka, pod sosnowym zagajnikiem, mieszkał chłopiec który miał na imię Mikołaj. Wszyscy w miasteczku nazywali go jednak Mikołajek, bo chłopiec był  bardzo mały i nawet nie chodził jeszcze do szkoły.
Nie chodził też do żadnego przedszkola, bo mieszkał z mamą, tatą, babcią i dziadkiem , więc dziadkowie opiekowali się nim w czasie, kiedy rodzice byli w pracy. Mikołaj miał też psa, Kajtka, który przybłąkał się do niego podczas niedzielnego spaceru po lesie. Pewnie go jacyś źli ludzie, którym się znudził,  zostawili tam samego, żeby zginął. Kajtek był wygłodzony i przestraszony, ale kiedy spotkał Mikołajka od razu obaj poczuli, że zostaną przyjaciółmi, takimi  na śmierć i życie.
Odkąd domownicy pozwolili chłopcu przygarnąć psa, Kajtek nie opuszczał  ani na krok i nie pozwalał nikomu obcemu zbliżać się do niego, szczególnie wtedy, kiedy nikogo z dorosłych domowników nie było w pobliżu. Mikołajek mógł więc bawić się pod opieką Kajtka sam na podwórku a rodzice i dziadkowie byli o niego zupełnie spokojni. 
Pewnie wszyscy wiecie, że jest jeden dzień w roku, oprócz gwiazdki, imienin i urodzin, kiedy wszyscy dostają  jakieś drobne prezenty. To "mikołajki".
Chłopiec postanowił tego dnia zrobić prawdziwą niespodziankę wszystkim bliższym i dalszym sąsiadom w swoim miasteczku, bo tego dnia właśnie obchodził swoje imieniny. Kiedy się obudził dostał od rodziców i dziadków prezenty imieninowe i mnóóóóóóóóstwo cukierków, jak zwykle, bo zapomniałam Wam powiedzieć, że chłopiec bardzo lubił słodycze, chociaż ich nadmiar jest okropnie niezdrowy.
Tym razem jednak postanowił się nimi podzielić z całym miasteczkiem, zamiast objadać się nimi samemu. Tego dnia wyjątkowo prędko wstał, umył się i ubrał. Potem pobiegł do swojego pokoju, wyjął z szuflady kolorowe bibułki i złoty sznureczek. Prędko popakował wszystkie cukierki jakie dostał na imieniny w malutkie, kolorowe paczuszki powiązane złotym sznureczkiem. Potem poprosił dziadków, żeby pozwolili mu iść na spacer z Kajtkiem. Był z nim zupełnie bezpieczny, więc dziadkowie chętnie się na to zgodzili. Mikołaj, jak to na Mikołaja przystało, szczególnie w "Mikołajki", podrzucił wszystkim swoje imieninowe słodycze.
Ludzie w miasteczku nie mogli się wprost nadziwić, w jaki sposób pod ich drzwiami znalazły się w ten dzień pięknie zapakowane prezenty. Jak? To tajemnica,  jaka pozostała między Mikołajem i jego przyjacielem, psem Kajtkiem. Kiedy ktoś opowiadał o tym, jaką niespodziankę mieli  mieszkańcy miasteczka, Mikołaj i Kajtek spoglądali na siebie porozumiewawczo i pomrukiwali z zadowolenia. 


sobota, października 11, 2014

Króciutka bajka o śniegowych płatkach


        W Niebie rozpruła się Aniołkowi puchowa pierzynka, którą właśnie trzepał po nocy. Pierzynka była napełniona płatkami śniegu, bo przecież Aniołki nie  mają pierzynek z prawdziwego gęsiego puchu. 
Ojej- zmartwił się Aniołek - trzeba będzie coś z tym zrobić. 
-Nie zauważyłem tej dziurki kiedy szedłem wieczorem spać - powiedział głośno.
- Widocznie byłem bardzo zmęczony pilnowaniem na ziemi dzieci, żeby nie stała im się żadna krzywda. Te małe urwisy są jak żywe srebro, wszędzie jest ich pełno i czasem naprawdę ciężko je upilnować- pomyślał sobie w duchu Aniołek.
- Muszę szybciutko zaszyć moją pierzynkę bo nie będę miał pod czym spać jeżeli wszystkie płatki śniegu z niej wylecą - wyszeptał z zakłopotaniem.
     Jak powiedział tak zrobił. Zaszył dziurkę bardzo starannie używając do tego srebrnej igły i złotej nitki. Zanim jednak to zrobił z pierzynki wydostało się pięć śniegowych płatków. Były bardzo pięknie rzeźbione i wspaniale mieniły się w świetle jesiennego słońca. 
     Jeden płatek spadł na nos psa Burka, który wylegiwał się w letnim słońcu przed swoją budą. Drugi płatek spadł na czarno-rudego kota leniwie przeciągającego się na wygrzanej ławce pod podwórzu pod oknem. Trzeci płatek upadł wprost pod dziób kroczącego na czele stada kur koguta. Czwarty płatek  sfrunął na czarny warkoczyk Joasi, która właśnie grała na podwórku ze swoją najlepszą przyjaciółką Matyldą w klasy. Piąty płatek śniegu upadł na rękę mamy, która wyszła na podwórko, żeby nakarmić zwierzęta. 
- Zdawało mi się,  że śnieg pada - powiedziała mama i spojrzała w niebo.
- Przecież jeszcze nie pora na śnieg, bo to dopiero koniec lata i jeszcze całe zboże nie zostało z pól zwiezione do  stodoły. A ziemniaki, a pozostałe warzywa? Wszystko jeszcze dojrzewa na polach więc to chyba nie śnieg - pomyślała mama.
Ani pies, ani kot, ani kogut, ani dziewczynka nawet nie zauważyli pojedynczych płatków śniegu, ale mama od razu zorientowała się, co się stało. Spojrzała w niebo, roześmiała się,  pogroziła palcem i powiedziała do kogoś, a może sama do siebie:
 -No, no, Aniołku, uważaj na swoją pierzynkę. Jeszcze nie pora na zimowe porządki, trzepanie pierzynek i napełnianie ich świeżym śniegowym puchem.  Jeszcze nie nadeszła pora na prawdziwą zimę.


sobota, września 27, 2014

"Rrrrrrrrrrrrak" i "Rumak"

Rrrrrrrrrrrrrak

     Rak nieborak, czerwony jak pomidor, w towarzystwie ponurego rudego draba, wybierał ryby z rynny. Różne ryby, raptem runęły rynną w dół wraz z rwącym strumieniem wody. Ryby  zarybiły beczkę z deszczówką, która stała pod rynną. Rak nie rozumiał, że wraz z rudym drabem ostro narozrabiali . Drabowi było w to graj. Rak nieborak zrobił się jeszcze bardziej czerwony, wraz  z rudym drabem urwał się pogoni i roniąc łzy skrył się w rabarbarze tak czerwonym jak on sam. Rabarbar nie miał zamiaru kryć tych rozrabiaków, więc położył się na grządce wraz z rosnącym obok koprem, żeby  odkryć raka z drabem.

Rumak

Kary rumak ruszył rankiem by na targu zrobić drakę.
Ruszył rączo z góry w dół krętą drogą pośród pól.
Droga wiła się jak wąż a on naprzód pędził wciąż.

Rumak targu dopadł wreszcie no i znalazł się w areszcie.

O Maćku, "wojowniczym" wodniku ze starego młyna i jego niezwykłych przygodach


W starym młynie, tuż obok młyńskiego koła, w rwącym strumieniu zagnieździł się ze swoją najbliższą rodziną wodnik Maciek.  Razem z nim w podwodnej chatce zamieszkała wodnikowa żona, Alicja, dwie panny wodniczanki  Gosia i Zosia i mały synek Marcinek. Mieli też psa niezwykłej piękności czarnego podpalanego kundla, Bleksia, któremu jedno ucho opadało w dół a drugie sterczało do góry i dzięki temu wyglądał jak myśliwy w kapeluszu z piórkiem.
Wodnik robił okropnie dużo rabanu o każdą, najdrobniejszą rzecz, ale w gruncie rzeczy było to poczciwe chłopisko i w razie potrzeby służył radą i pomocą rodzinie, przyjaciołom i  sąsiadom. Miał jednak zwyczaj wściekania się o wszystko, bo był bardzo wybuchowy...... Kiedy był niemowlakiem jego mama używała do potraw mnóstwo ostrych przypraw więc można powiedzieć, że z mlekiem matki wyssał ostrość papryki i pieprzu.
 Czasem  wpadał do chatki  zły jak osa, co było jeszcze gorsze .Wtedy broń Boże żeby ktoś się do niego próbował podejść albo odezwać bo Maciek okropnie się złościł. Często miał po prostu kiepski humor i wtedy ni stąd ni zowąd ciskał błyskawicami, które trzeba było gasić wodą. Całe szczęście, że  wody wokoło było bardzo dużo. 
Alicja bardzo kochała męża i chociaż wspólne życie z nim przypominało siedzenie na beczce z prochem, to zawsze potrafiła znaleźć sposób żeby Maćka jakoś uspokoić. Musiała też ciągle uspokajać dzieci, żeby zachowywały się grzecznie, szczególnie, kiedy ojciec był zły. Cała trójka należała do gatunku  bardzo żywych dzieci więc można sobie łatwo wyobrazić ile codziennie było w domu wrzawy i śmiechów ale biada, jeżeli po powrocie Maćka było w domu głośno. Kiedy wracał do domu  słychać było nawet trzepot skrzydełek każdej przefruwającej muchy. Jedynie Bleksio, pupilek całej rodziny mógł sypiać nawet na poduszce swojego pana i zawsze uchodziło mu to na sucho.... a kiedy witał pana w drzwiach,  mógł skakać do góry i poszczekiwać wesoło do woli. 
Wodnik całymi dniami wędrował po świecie i miał pełne ręce roboty. Miłym ludziom zawsze pomagał kiedy Ci mieli jakiś kłopot i grzecznie go poprosili, ale tym , którzy byli zgryźliwi i niemili dla innych Maciek najchętniej robił różne psikusy mniej lub bardziej przykre ŻEBY W TEN SPOSÓB NAUCZYĆ ICH GRZECZNOŚCI.   Alicja miała przez cały dzień pełne ręce roboty Gosia i Zosia, dwie małe strojnisie ciągle męczyły mamę, żeby szyła im coraz to nowe sukienki a mały synek Marcinek męczył wszystkich żeby ustawiać z nim klockowe budowle, rysować albo czytać mu bajki...... Maciek, jak na wodnika przystało, był bardzo dobrym ojcem i mimo wielu zajęć starał się po poobiedniej drzemce  zawsze znaleźć czas na zabawę z dziećmi.

Najwięcej czasu miał dla nich jednak w sobotę albo niedzielę, kiedy nie wędrował po świecie i odpoczywał  w domu.... Wtedy dzieci nie odstępowały go ani na chwilę a radosny śmiech Gosi, Zosi i Marcinka  rozbrzmiewał dokoła i roznosił się echem aż na drugi koniec widniejącego w oddali lasu. Alicja, patrząc na rozpromienione buzie dzieci  i uśmiechającego się spod wąsów męża, promieniała szczęściem BO ZGODA BUDUJE A NIEZGODA RUJNUJE. Maciek był pobłażliwy dla dzieci i bardzo kochał żonę więc strzegł swojej rodziny jak oka w głowie bo naprawdę szczęśliwa i kochająca się rodzina JEST NAJWIĘKSZYM SKARBEM NA ŚWIECIE.