Drobiazgi to blog zawierający bajki, opowiadania, moje przekłady (umieszczane tu wyłącznie za zgodą autorów oryginalnych utworów), poezja własna i częściowo osób zaprzyjaźnionych (za ich zgodą) na przykład limeryki. Poza tym własne moje recenzje i komentarze oraz różne "drobiazgi" które powstają dla przewietrzenia mózgu podczas wykonywanej przeze mnie pracy, którą mogę śmiało nazwać"antykoncepcyjną".
Translate
czwartek, sierpnia 07, 2014
Zaproszenie
Wszystkie Mamy (i Tatusiów też) dzieci, które czytają te bajki zapraszam do mojego bloga kulinarnego: www.wartegrzechu.blogspot.com
czwartek, lipca 17, 2014
Musze opowieści
Nazywam się Bizia i mieszkam w
starym domu z ogrodem na pierwszym
piętrze. To znaczy mieszkamy, bo jest tu całą moja najbliższa rodzina. Babcia,
dziadek, rodzice i moje liczne rodzeństwo. Babcia i dziadek to rodzice mojej
mamy. Rodzice taty zagapili się któregoś upalnego popołudnia w środku lata,
zasnęli na słońcu i pożarło ich jakieś ptaszysko. W ten sposób mam tylko jedna
parę dziadków. Mam też mnóstwo ciotek, wujów, kuzynek i kuzynów ale to już
dalsza rodzina.
Nasza rodzina jest całkiem spora..
Teraz właśnie wszyscy obudzili się z długiego, zimowego snu. W zeszłym roku,
jesienią, kiedy słońce już tak mocno nie grzało a dni były coraz krótsze, każdy
z mojej rodziny znalazł sobie jakiś przytulny kącik do spania. W tym roku już
nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie wstaniemy. Obudziłam się dużo wcześniej
niż wszyscy i okropnie mi się mi się nudziło. Całe szczęście, że położyłam się
spać na regale z książkami, więc miałam co robić kiedy wszyscy jeszcze spali.
Przy okazji poznałam przemiłą rodzinę moli książkowych, które wieczorami
opowiadały mi przeczytane przez siebie bajki i różne ciekawe historyjki. No i dzięki temu doczekałam się wiosny kiedy
obudziła się wreszcie cała moja rodzina.
Dobrze że mieszkamy w domu bo wiosna w tym roku jest zimna. Podobno
zbliża się lato, ale co chwila leje deszcz, wieje wiatr, noce są zimne i wcale
nie wygląda na to, że będzie cieplej.
Mieliśmy w tym roku spędzać lato u
naszych kuzynów ze strony taty, Gzów. Oni
zapraszają nas co roku. Gzy mieszkają na mazurskiej wsi, w pięknym domku pod
lasem, ale chyba w tym roku nie ruszymy się ani na krok z domu. Domek Gzów jest
biały, a wokół niego rosną piękne, różnokolorowe malwy na wysokich łodygach.
Byliśmy u nich w zeszłym roku, dwa lata temu i jeszcze dawniej. Prawie każde
lato spędzamy u nich. Na wsi jest czyste powietrze, pachną kwiaty na łąkach i
na polach, a kłosy zbóż dostojnie pochylają na wietrze głowy. Jest też świeże
mleko prosto od krowy. Pycha! Trzeba tylko uważać, żeby nie napić się od razu
zbyt dużo mleka bo wtedy człowiek (przepraszam, mucha) robi się zbyt gruby,
ciężki brzuch go przeważa, można wpaść w sam środek wiadra z mlekiem a to jest
bardzo niebezpieczne. W tym wiadrze można się po prostu utopić. To przytrafiło
się kilka lat temu jednemu z moich starszych braci… Mama, tata, babcia i
dziadek krążyli nad tym wiadrem ale niestety nie udało im się uratować mojego
brata.
Na wsi czyhają na nas też inne
poważne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim lep na muchy, który pachnie tak
słodko i apetycznie, że niektórzy nie bacząc na niebezpieczeństwo dają się
skusić i już po nich! Przysiadają na lepie ale nie ma odwrotu. Niektórym ,
jeżeli przysiedli bardzo lekko czasem daje się oswobodzić i odfrunąć. Inni, którzy
nie potrafią się opanować i rozpaczliwie
zaczynają się szamotać przylepiają się
coraz mocniej i … zostają w pułapce na zawsze! Równie niebezpieczne bywają
packi na muchy. Siadamy sobie gdzieś spokojnie, a tu nagle, prosto z góry,
zupełnie niespodziewanie spada na nas taka packa. Jeżeli ktoś w porę ją dojrzy
i krzyknie : uwaga, packa! to udaje nam się uratować. Jeżeli ktoś się zagapi i
w porę nie ucieknie to sami wiecie jak to się może smutno skończyć.
Przez cały czas cała moja rodzina
ma jakieś zajęcia. Ja najbardziej lubię pomagać mojej babci w kuchni. Babcia
zakłada codziennie czysty fartuch, spina porządnie włosy i myje dokładnie ręce
(no oczywiście że to są łapki) zanim zabierze się do gospodarowania w kuchni.
Mnie też babcia zakłada codziennie czysty, kolorowy fartuszek ukrochmalony i
wyprasowany. Ludzie myślą że jesteśmy brudne, ale to nieprawda. Brudzimy się
tylko wtedy, kiedy oni są brudasami i nie posprzątają w kuchni. Nie jesteśmy
też wcale namolne. Szukamy tylko w kuchni pożywienia dla naszej zawsze sporej
gromadki.
Coraz trudniej nam jest z babcią
cokolwiek zdobyć, bo nie jesteśmy takie bezczelne jak nasza kuzynka ciotka
Robacznica która siada gdzie popadnie i w dodatku natychmiast składa jajka.
Ohyda! Fruwamy więc sobie z moją babcią po kuchni pobrykując wesoło i przysiadając
to tu to tam. Nie włazimy też gdzie
tylko się da, jak nasze kuzynki Owocówki. Te pojawiają się nagle nie wiadomo
skąd, jakby wyrosły spod ziemi jak tylko poczują świeże owoce. Chyba mają jakiś
radar który jest nastawiony na świeże owoce.
Są małe, ale sprytne, nadlatują tak cicho, że nikt tego nie zauważa i
nagle ni stąd ni zowąd jest ich cała gromada. My, zwykłe domowe muchy, mamy
swoje zasady i z góry ustalony regulamin którego się trzymamy. Nigdy nie
wciskamy się do szafek, puszek czy słoików, nie psujemy jedzenia i cieszymy się
z tego, co znajdziemy na wierzchu. Wystarczą nam drobne okruszki, kropla dżemu
czy miodu, kropelki rozlanej wody. Musimy się zawsze bardzo spieszyć, żeby
zebrać coś do jedzenia zanim ludzie posprzątają kuchnię i pozmywają naczynia.
Te ich płyny do mycia naczyń czy do czyszczenia szafek i blatów kuchennych są okropne!
sobota, lipca 05, 2014
Historia pewnego wesołego diabełka o złotym sercu.
Pewnie nikt z Was nie zna prawdziwej historii Bartusia, wesołego
diabełka o złotym sercu. Myślę, że ja
też nie poznałabym tej całej historii, gdybym nie wybrała się pewnego
dnia do parku na wieczorny spacer z moim psem. Tego dnia niebo było pewne
gwiazd które lśniły , mrugały wesoło i
tańczyły w swoich złotych sukienkach wokół uśmiechniętego od ucha do ucha
grubiutkiego księżyca w pełni. Po niebie przepływały wieczorne obłoki i
momentami zdawało się, że księżyc mruga porozumiewawczo tak, jakby chciał mi
dać coś do zrozumienia.
Mój pies biegał sobie bez smyczy bo wokół było zupełnie pusto i nie
bałam się żadnej psiej awantury. Nagle usłyszałam coś, jakby cichutki płacz
i wycieranie nosa. Przystanęłam,
rozejrzałam się uważnie dookoła, ale
zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Przysłuchiwałam się jeszcze przez
chwilę, ale nic już nie było słychać, gdy nagle...... coś błysnęło w dziupli
starej topoli obok której właśnie przechodziłam. Mój pies był już daleko i
wcale nie zainteresował się ani tym że przystanęłam, ani tym, że zostałam z
tyłu. Udałam, że patrzę w zupełnie inną stronę i nagle bardzo prędko odwróciłam
głowę w stronę starej topoli. Oniemiałam.
Na brzegu dziupli siedział
sobie, machając tłuściutkimi nóżkami w
czerwonych wełnianych skarpetkach mały, czarny, rozczochrany diabełek. Ubrany
był w czerwone porteczki na szelkach i w bawełnianą koszulkę w żółto granatowe
pasy. Miał czarne, błyszczące oczka z bardzo długimi rzęsami a na główce małe,
ledwie widoczne złotawe różki. Wprawdzie uśmiechał się do mnie, ale od
razu było widać, że przed chwilą jeszcze
płakał. Diabełek popatrzył na mnie swoimi żywymi oczkami i uśmiechnął się
jeszcze bardziej. Ja też uśmiechnęłam się do niego i wyciągnęłam w jego stronę rękę a on
wskoczył mi na ramię a potem wsunął się do kaptura mojej zimowej kurtki. Pewnie
był zmarznięty. Wprawdzie od kilku dni
pachniało już porządnie wiosną, ale
nocami i nad ranem wciąż jeszcze zamarzały kałuże.
Bartuś, bo tak miał na imię
mały diabełek wyciągnął się wygodnie w moim kapturze i zaczął mi na ucho
opowiadać swoją historię. Zaczęłam uważnie słuchać spoglądając na niego co
jakiś czas, BO KIEDY KTOŚ DO NAS MÓWI POWINNIŚMY PATRZYĆ MU PROSTO W OCZY,
chociaż to było trudne bo siedział właściwie obok mnie a nie przede mną.
Diabełek chciał mi opowiedzieć wszystko od razu . Zaczął tak szybko mówić, że
początkowo zupełnie nic nie mogłam go zrozumieć. Mówił , mówił i mówił coraz
szybciej i szybciej, aż zakręciło mi się w głowie. Musiałam mu przerwać CHOCIAŻ
TO BARDZO NIEŁADNIE PRZERYWAĆ JEŻELI KTOŚ MÓWI i poprosić, żeby opowiedział
wszystko powoli, jeszcze raz od samego
początku.
Bartuś była najmłodszym
diabełkiem w piekle więc musiał się dużo uczyć jak się stać starym, bardzo złym
diabłem. Najpierw zamiatał całe piekło i zbierał papierki z podłogi żeby było
czysto i porządnie. Potem najstarszy, najbardziej zły diabeł z najdłuższymi
rogami wezwał go do siebie i wysłał na ziemię, żeby straszył dzieci
okrrrrrrrrrrrooooooopnie złymi minami , pokazywaniem języka i robieniem zeza.
Ale Bartuś był bardzo dobrze wychowanym diabełkiem i wiedział doskonale, że takie
zachowanie jest bardzo niegrzeczne. Poza tym, kiedy stanął sam przed lustrem i
na próbę zrobił taką okropnie złą minę to sam się tak bardzo wystraszył, że z
nóżek pospadały mu z wrażenia jego
ukochane, czerwone skarpetki. Wtedy mały diabełek postanowił, że nie będzie już nigdy więcej
robić takich paskudnych min tylko będzie rozdawać dookoła uśmiechy, takie
słodkie, z dołkami w policzkach. Jak postanowił tak zrobił i wszyscy na jego widok też się uśmiechali,
nawet w najbardziej pochmurny dzień, a potem zaczęli go nazywać diabełkiem o
złotym sercu.
Kiedy najstarszy,
najbardziej zły, diabeł z najdłuższymi
rogami a był to sam naczelnik piekła Belzebub,
dowiedział się co Bartuś wyrabia na ziemi zrobił się zły jak najbardziej
jadowita osa. Podobno najpierw biegał po całym piekle i wrzeszczał jak opętany,
później przez tydzień nie odzywał się do nikogo tylko chodził tam i z powrotem
trzymając ręce założone z tyłu i okropnie zgrzytał ze złości zębami. Wreszcie
chwycił się za głowę i wrzasnął żeby natychmiast przyprowadzić do niego małego
diabełka który, jak mówią, podobno ma
złote serce. Na widok Bartusia i jego roześmianej buzi ze słodkimi dołeczkami
sam Belzebub nie mógł się powstrzymać, żeby się nie uśmiechnąć, chociaż
odwrócił się tyłem żeby nikt tego nie dojrzał i temu staremu draniowi trochę
zmiękło serce. Dlatego też nawet nie skrzyczał małego diabełka tak, jak
zamierzał, ale pociągnął go za ucho, dał lekkiego klapsa w pupę i po prostu
wyrzucił z piekła na ziemię bo mały diabełek o złotym sercu już nie mógł zostać
prawdziwym diabłem.
Bartuś znalazł się zupełnie
sam, w ciemnym parku, było mu w dodatku zimno więc okropnie się nad sobą
rozżalił i zaczął płakać. Wtedy właśnie usłyszałam jego płacz i znalazłam go w
dziupli starej topoli. Oczywiście zabrałam
go ze sobą do domu, dałam kubek ciepłego mleka, nakarmiłam i ułożyłam spać.
Odtąd mam swojego prywatnego, wesołego, małego diabełka, który nie pozwala mi
się niczym martwić.
wtorek, lipca 01, 2014
Dlaczego Lis Chytrus nie lubi zielonych parkanów
Już z daleka od głównej drogi było
widać niewielki żółty domek z zielonym dachem i zielonymi okiennicami. Domek
miał dwoje drzwi i sześć okien: cztery na parterze i dwa na poddaszu. Przed
domem rozciągał się ogród z mnóstwem różnokolorowych kwiatów. Na samym środku
ogrodu był okrągły klomb z krzakami dzikiej róży, których kwiaty swoim zapachem
wabiły wszystkie okoliczne pszczoły.
Z tyłu domu znajdowało się ogromne
podwórze. Na końcu podwórza stały wszystkie budynki potrzebne w gospodarstwie:
obora, stodołą, stajnia i kurnik. Dalej rozciągały się pola i łąki, które
sięgały aż do pobliskiego lasu. Całe
gospodarstwo było ogrodzone drewnianym parkanem pomalowanym na zielono,
podobnie jak okiennice.
W żółtym domku mieszkała
pięcioletnia Julka ze swoimi rodzicami i starszym bratem, Piotrkiem. Piotrek
miał dwanaście lat, ale był wysoki i wszyscy myśleli, że jest starszy. Cała
rodzina przeprowadziła się z miasta na wieś kiedy rodzice Julki stracili pracę.
Miasto leżało jednak niedaleko więc w razie potrzeby można było do niego szybko
dojechać autobusem a nawet rowerem. Właściwie wieś leżała tuż za granicami
miasta.
Razem z Julką, Piotrkiem i ich
rodzicami w domu mieszkali jeszcze kotka Tosia, łasa na pieszczoty i wiecznie
głodna oraz pies Rudy, stróż i obrońca domu, zawsze czujny. Rudy szczekał
donośnie gdy tylko ktoś spoza domowników postawił nogę na ich podwórzu. To byli
domownicy.
Poza tym był koń, dwie krowy,
cielak, owca, koza, maciora z pięcioma łaciatymi prosiętami i stado drobiu.
Drób mieszkał w kurniku. Na
grzędach siedziały kury i przystojny kogut w kwiecie wieku, który miał głos jak
dzwon a jego pianie słychać było w całej okolicy a nawet w środku lasu który
było widać w oddali. Kaczki, indyczki , gęsi i maluchy czyli kurczaki i kaczęta
spały w gromadce w rogu kurnika wymoszczonym sianem.
Kogut pierwszy zrywał się ze snu,
kiedy jeszcze było prawie ciemno, wyfruwał przez specjalny otwór na dach kurnika i piał tak głośno, ze wszyscy zrywali
się ze snu na równe nogi. Wiadomo było, ze pora wstawać i przywitać nowy dzień.
Na wsi żyło się o wiele spokojniej
niż w mieście, gdzie każdy pędził na złamanie karku w swoją stronę, a do autobusu
czy tramwaju ciężko było wsiąść, szczególnie rano, kiedy wszyscy spieszyli się do pracy albo do
szkoły. Zanim wszyscy domownicy usiedli
do śniadania, na łąkę za domem, czyli na pastwisko, wyprowadzano konia, krowy, cielaka, owcę i
kozę, a drób wypuszczano na podwórze.
Na środku podwórza, podobnie jak
na łące, stały duże koryta ze świeżą wodą, żeby zwierzęta zawsze mogły się
napić kiedy tylko chciały. W kącie podwórza, w pobliżu kurnika stały miski z
wodą i jedzeniem dla drobiu. Kaczki najbardziej lubiły rzęsę, czyli rośliny
wodne, które wybierało się grabiami z powierzchni pobliskiego stawu, kury,
indyczki i gęsi wolały ziarno ale nikt nie gardził gotowanymi kartoflami.
Po śniadaniu Piotrek szedł do
szkoły a Julka zostawał z rodzicami w domu. Tata dostał jakąś pracę zleconą
(był architektem) więc siedział przed komputerem, a mama z Julką zajmowały się
gospodarstwem.
Ptactwo chodziło sobie przez cały
dzień po podwórzu. Na czele kroczył kogut z dumnie podniesionym dziobem ,
czerwonym grzebieniem na głowie i pięknym, mieniącym się w słońcu różnymi
kolorami ogonem. Chodził ostrożnie, żeby przypadkiem nie zgubić z ogona, który
był jego chlubą na cała okolicę, ani jednego pióra. Za nim szły w określonym
porządku jedna za drugą, od najstarszej do najmłodszej kury, gromadka kurcząt,
Następnie kaczor, kaczki i kaczęta, wreszcie stadko indyczek. Te ostatnie szły
gromadą i okropnie głośno się zachowywały, jak to indyczki. Gęsi nie zadawały
się z całą resztą i spędzały czas w drugim końcu podwórza.
Pewnego razu, w samo południe,
kiedy całe podwórkowe towarzystwo trochę rozleniwione słońcem zażywało
południowej drzemki, tuż za parkanem obok kurnika mignęło coś czerwonego, co
wyglądało jak język ognia. Rudy, który drzemał sobie jak wszyscy, ale co jakiś
czas uchylał lewe albo prawe oko i rzucał baczne spojrzenie na podwórze,
skoczył na równe łapy i zaczął zaciekle ujadać. Na podwórzu zrobił się rwetes,
gospodarz usłyszał hałas, wyskoczył z domu, podbiegł do parkanu który
obszczekiwał Rudy, ale nikogo tam nie było. Pomyślał więc, że psu musiało się
coś przyśnić.
Tymczasem to lisia kita zamigotała
w słońcu. Lis Chytrus właśnie został młodym ojcem i w poszukiwaniu jedzenia dla
samicy i lisiąt zapuścił się aż pod zielony parkan. Oniemiał z wrażenia, kiedy
zobaczył ile przysmaków znajduje się tuż za nim: kogut, kury, kurczęta, kaczki,
kaczęta, indyczki i gęsi. Lis ucieszył się, że trafił na tak dobrze zaopatrzoną
spiżarnię dla swojej rodziny i z zadowolenia machnął kitą czyli ogonem, ale
niestety poczuł go Rudy i spłoszył szczekaniem, a przy wyrwał z południowej
drzemki całe podwórko. Lis uciekał przez łąkę i pola ile sił w łapach, klucząc
na wszelki wypadek, żeby pies go nie dogonił.
Lis Chytrus jednak postanowił
jeszcze tu wrócić. Nie mógł sobie
odmówić takich smakowitości. Jak postanowił tak zrobił. Podczołgał się polami w
środku nocy pod zielony parkan. Tej nocy, chociaż to było lato, niebo było
nieco zamglone więc gwiazdy i księżyc nie świeciły tak jasno jak zwykle. Lis
Chytrus nie przewidział jednak, że tym razem na podwórzu będzie czekał na niego
Rudy, który czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo domowników i wszystkich
mieszkańców gospodarstwa. Pies był tego dnia bardzo niespokojny, kręcił się w
kółko. Co chwila prosił, żeby go wypuścić na dwór to znów drapał w drzwi, żeby
wejść do domu. Po prostu nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wreszcie wieczorem
postanowił spać na ganku, ale potem przeniósł się na miejsce obok kurnika,
zupełnie, jakby coś przeczuwał i spodziewał się nocnej wizyty nieproszonego
gościa - Lisa Chytrusa.
Rudy drzemał, ale był czujny.
Nagle podniósł lewe ucho. Usłyszał jakby ciche drapanie i poczuł nieznany mu
obcy zapach. Chytrus, z drugiej strony płotu, tuż pod jego nosem, delikatnie,
niemal bezszelestnie, podkopywał się, żeby dostać się do kurnika, gdzie spało
całe ptactwo. Ślinka ciekła mu z pyska na sama myśl uczty, jaką przygotuje dla
siebie i swojej rodziny, kiedy wreszcie dostanie się do tego kurnika.
Rudy postanowił spokojnie
poczekać, aż Chytrus będzie już prawie w kurniku. Kiedy lis schował się już w
wykopanej przez siebie dziurze i od wnętrza kurnika dzieliły go zaledwie
centymetry, Rudy przeskoczył przez płot,
stanął w miejscu otworu wykopanego przez Chytrusa i zaczął ujadać na cały głos.
Jego szczekanie postawiło wszystkich na równe nogi. W oknach domu zapaliły się
wszystkie światła, gospodarze wyskoczyli na podwórze, a mieszkańcy kurnika
zaczęli piać, gdakać, kwakać i gulgotać. Chytrus nie wiedział co się dzieje ale
nie miał już odwrotu. Z tyłu, przy wykopanej przez niego dziurze stał pies,
więc wykonał jeszcze dwa ruchy łapą i znalazł się w samym środku kurnika, gdzie
nikt już nie spał. Na powitanie wskoczył mu na kark kogut, wczepił się w niego
pazurami i zaczął go swoim ostrym
dziobem tłuc gdzie popadnie. Przyłączyły się kury, kaczki i indyczki.
Gospodarze otworzyli kurnik i zapalili światło. Chytrusowi jakimś cudem udało
się wyrwać z pułapki i przeskoczyć przez płot. Tam czekał na niego Rudy, który
zaczął go gonić.
Chytrus, ledwo żywy z przerażenia,
pokłuty i podziobany pędził do lasu jak niepyszny. Niedawno cieszył się, że
znalazł miejsce, w którym będzie mógł zaopatrywać rodzinę w smakowite jedzenie.
Tymczasem tak się wystraszył, że postanowiła omijać zielone parkany ogromnym
łukiem. Ta lekcja nie poszła na marne.
środa, czerwca 25, 2014
Torebka mąki
Mała, biała , pękata torebka mąki z
kolorowym napisem, stała sobie na półce sklepowej wśród innych, takich jak ona
torebek. Była grubiutka więc na ciasnej półce nie było jej zbyt wygodnie. W
dodatku była uczulona na mąkę więc co jakiś czas kichała, tak głośno, aż się ludzie odwracali. Z lewej i z
prawej strony wpychały się na nią inne torebki które czekały z niecierpliwością
aż ktoś po nie sięgnie i zdejmie je z półki. Torebka nie miała nóżek, więc nie
mogła sama zejść z półki, chociaż marzyła, żeby sobie pójść w szeroki świat i
zobaczyć co jest za drzwiami sklepu. Tymczasem drzwi co chwila rozsuwały się i
zasuwały przepuszczając klientów, a torebka nadal stała w tłoku.
Nagle, pewnego pięknego, słonecznego
dnia, dziwnym trafem udało się jej spaść z półki na podłogę. Potłukła sobie
trochę swoje grubiutkie boczki, ale uderzając o twardą, kamienną podłogę sklepu
szczęśliwie nie pękła. Leżąc na podłodze ostrożnie rozejrzała się wokoło, czy
nikt nie zauważył, że spadła po czym potoczyła się dalej i ukryła za filarem
sklepu. Ludzie przechodzili tuż obok niej, ale każdy zajęty własnymi sprawami,
w pośpiechu robił zakupy i nikt nie dojrzał torebki mąki na podłodze, za
filarem.
Wykorzystując moment, kiedy w sklepie
zrobiło się mniej tłoczno, torebka mąki śmiało potoczyła się w stronę
rozsuwanych drzwi sklepu i wytoczyła się na ulicę. Na szczęście po drodze nie
było schodów, które mogły by jej przeszkodzić, co jest oczywiste, bo przecież
nie miała nóżek. A tam… na ulicy
niebieskie niebo z białymi obłokami, żółte, ciepłe słońce, zielone
drzewa, a na trawnikach piękne, różnokolorowe kwiaty. Przed sklepem, poza
śmiesznym, łaciatym jamnikiem, który grzecznie czekał na swojego właściciela
który wszedł do sklepu, nie było nikogo. Torebka odpoczywała sobie na chodniku,
blisko wejścia do sklepu, bo okropnie zmęczyła się pokonaniem drogi od półki do
wyjścia na ulicę. W ciepłych promieniach słońca podziwiała białe obłoki,
zielone drzewa i krzewy, przelatujące ptaki. Pomyślała jak to dobrze się stało,
że udało jej się wydostać z ciasnej półki i wyjść na świat. Przecież zawsze o
tym marzyła i od dawna przeczuwała, że poza ciasną półką w sklepie i
towarzystwem innych torebek mąki, za zasuwanymi drzwiami musi być inny,
nieznany, wspaniały świat.
Nagle z oddali dał się słyszeć grzmot a
niebo pociemniało. Torebka wystraszyła się nie na żarty. No tak,
pomyślała sobie, jak teraz zacznie padać i zmoknę to zrobi się ze mnie
rozciapciany kluch i to wcale a wcale nie wydaje się śmieszne. W tym momencie
drzwi do sklepu rozsunęły się, wyszła przez nie jakaś miła, młoda pani z małym
chłopcem w wózku. Odwiązała psa, załadowała zakupy do kosza pod wózkiem i
ruszyła spod sklepu. Jaś, bo tak miał na imię chłopiec, zauważył torebkę mąki i
pokazał ją mamie. W ostatniej chwili, bo
właśnie lunął rzęsisty deszcz. Mama
Jasia rozejrzała się dokoła, ale oprócz nich przed sklepem nie było nikogo, tym
bardziej kogoś, kto mógłby zgubić torebkę mąki.
Torebka mąki została więc podniesiona przez mamę Jasia i schowana do
koszyka pod wózkiem. Była uratowana.
Po chwili wreszcie wszyscy znaleźli się w
domu, gdzie było ciepło i przytulnie. Jaś i jego mama przebrali się w suche
ubrania a pies został wytarty do sucha ręcznikiem. Zapytacie a co z torebką mąki? Z
mąki, która była w torebce mama Jasia zrobiła przepyszne pierogi z wiśniami, bo
to był akurat sezon na wiśnie. Torebka zaś powędrowała na makulaturę i dzięki
temu powstanie jakaś inna torebka. Może torebka cukru ? Pewnie na cukier nie będzie uczulona.
wtorek, czerwca 24, 2014
Okno
Są okna zupełnie malutkie, średnie, duże i
ogromne. Te ostatnie, ogromne, to okna
wystawowe sklepów czyli witryny. Są też specjalne okna dachowe. Okna mają różne
kształty i kolory. Bywają okna okrągłe,
owalne, kwadratowe, prostokątne. Najbardziej kolorowe są okna w kościołach. To
okna witrażowe. Są wykonane z różnego kształtu kolorowych szkiełek, specjalnie
przyciętych i oprawionych w metalowe ramki połączone ze sobą w specjalny
sposób. Witraże w kościołach przedstawiają postacie świętych, sceny biblijne,
czasem kwiaty albo zwierzęta. Witraże są najładniejsze w pogodny, słoneczny
dzień.
Wszystkie okna mają swoją czarodziejską
moc. Zapamiętują wszystkie twarze, które kiedykolwiek się w nich pojawiały. Opowiem
o małym, kwadratowym okienku w starym, drewnianym domu, który od wielu pokoleń
należał do jednej rodziny. Rodziły się w nim kolejne dzieci, potem dorastały,
wyjeżdżały do szkół a wreszcie wyprowadzały się kiedy zakładały własne rodziny.
Okno wychodziło na duży ogród na tyłach domu i było mało widoczne, bo dom był obrośnięty
dzikim winem. Rzadko też ktoś spoglądał przez to okno na ogród bo pokój na
poddaszu w którym się znajdowało był od wielu lat zamknięty. Chłopiec, do
którego należał kiedyś ten pokój brał udział w wojnie (był lotnikiem) a potem został
na Zachodzie. Po wojnie przez wiele, wiele lat nie mógł wrócić do kraju, więc
nikt nie wchodził do jego pokoju. Na półkach stały zakurzone, dziecięce
książki, a na kanapie siedziały jego ukochane misie. Było im smutno. Najpierw spokojnie
czekały, ale z czasem zupełnie straciły nadzieję, że ich chłopiec wróci.
Tymczasem dziadkowie i rodzice chłopca dawno
umarli a w starym domu zamieszkali jego kuzyni. Chłopiec po wojnie założył za
granicą własną rodzinę, „wciągnęło go życie”, porodziły mu się dzieci a potem
wnuki którymi się opiekował. Wreszcie one też się usamodzielniły a chłopiec
postanowił odbyć podróż sentymentalną do swojego starego kraju. Kiedy wreszcie dotarł
na miejsce, stary dom wydawał się dużo mniejszy niż ten, który pamiętał z
czasów młodości. Mimo, że upłynęło wiele lat, dom nie poddał się upływowi lat i
mocno stał w posadach, tylko dzikie wino było gęściejsze niż przedtem. Kuzyni
przyjęli go bardzo serdecznie. Choć jego dwie młodsze siostry też już dawno
pozakładały własne rodziny i opuściły stary dom, to wiele pamiątek rodzinnych,
które przypominały mu dzieciństwo i młodość stało tu nadal.
Po obiedzie chłopiec poszedł do swojego
dawnego pokoju na poddaszu. Minęło wiele lat więc nie wbiegł tam, jak kiedyś,
przeskakując po cztery stopnie naraz, ale dotarł tam bez większego wysiłku. Całe
życie uprawiał różne sporty więc był w dobrej kondycji. Otworzył drzwi i
znalazł się w swoim dawnym pokoju. Ze wzruszeniem przeglądał stojące na półkach
jego ulubione dziecięce książki : bajki i książki przygodowe, obejrzał łuk i
kołczan ze strzałami wiszące na ścianie, przytulił swoje misie otrzepując je z
kurzu. Tyle lat rozłąki, tyle zdarzeń a tutaj…. jakby czas stanął w miejscu.
Cisza i spokój. Wyjrzał do ogrodu przez zarośnięte dzikim winem okienko. Ogród
wydał mu się ten sam, tylko drzewa owocowe zrobiły się dużo wyższe, niż wtedy,
kiedy wyjeżdżał z domu na wojnę.
Okno zobaczyło w szybie jego twarz, zaczęło pobrzękiwać szybkami i aż spociło się ze wzruszenia. Dom
poznał go natychmiast mimo upływu lat i zaczął go witać skrzypieniem schodów i
desek na podłodze poddasza. Był już starym człowiekiem, ale dom wiedział : to
nasz chłopiec. Nasz chłopiec, nasz chłopiec skrzypiał stary dom. Nasz chłopiec,
nasz chłopiec wtórowały mu owocowe drzewa i kwiaty w ogrodzie. Wiatr szumiał w koronach
drzew a te wyciągały swoje gałęzie w stronę domu i stukały nimi do okien, jakby
chciały zawołać: choć do nas i pobaw się z nami… czy pamiętasz jak się po nas
wspinałeś do domku, który zrobił Ci
tata?
Starszy pan przysiadł na kanapie i
zapatrzył się przed siebie. Za oknem zachodziło słońce, niebo było różowawe a
miejscami prawie ciemno malinowe i granatowe. Powoli zapadał zmrok. Okienko
bardzo się cieszyło, że po tylu latach chłopiec nie zapomniał o starym domu i
swoim pokoju na poddaszu. To tak, jakby obaj: i dom i chłopiec urodzili się na
nowo a lata, kiedy chłopca tu nie było zniknęły w jednej chwili. Dom stał się
młodszy a starszy pan przynajmniej na chwilę znów stał się chłopcem.
niedziela, czerwca 22, 2014
Szafa
Stara szafa stała sobie spokojnie w
kacie pokoju na poddaszu w małym, starym, drewnianym domu od wielu, wielu lat,
albo jeszcze dłużej. Nikt z domowników już nawet nie pamiętał skąd się wzięła
ani kto ją tam postawił. Posypana osiadającym na niej kurzem skrzypiała tylko
żałośnie od czasu do czasu z nadzieją, że ktoś ją wreszcie otworzy i posłucha
jej opowieści. A szafa miała o czym opowiadać, oj miała. Wprawdzie była bardzo,
ale to bardzo stara, ale pamięć miała znakomitą, zupełnie jakby się tylko co
urodziła, a właściwie jakby ją tylko co zrobiono.
Pamiętała, że zanim stałą się szafą
była sporym dębem który rósł w lesie na słonecznej polanie. W jego gałęziach
śpiewały rozmaite ptaki, które zlatywały się tu z całego lasu, aby wymienić się
wiadomościami, z czasem posłuchać leśnych ploteczek. Rozsiadały się wygodnie na
jego konarach, śpiewały, ćwierkały i pogwizdywały tak głośno, że było je
słychać w całej okolicy. Kiedyś pewien młody dzięcioł wydrążył w jego pniu
dziuplę i wprowadził się do z całą rodziną.
Rósł sobie dąb spokojnie na polanie,
aż pewnego dnia przyjechali do lasu drwale z siekierami i piłami , ścięli dąb
razem z kilkoma innymi drzewami i zawieźli je do tartaku. Tam pnie drzew
okorowano, pocięto na deski, wysuszono i sprzedano okolicznym stolarzom, żeby zrobili
z nich meble. W ten sposób dębowe deski trafiły do Ignacego, skromnego stolarza
z niewielkim warsztatem ale za to długoletnią praktyką i dużą wiedzą. Ignacy
wiedział wszystko co można wiedzieć o rodzajach drewna, deskach, historii mebli
i sposobach ich robienia. Potrafił nawet składać meble starą metodą, na tak
zwany jaskółczy ogon czyli bez użycia gwoździ.
Właśnie urodziła mu się pierwsza
wnuczka na którą od dawna czekała cała rodzina i dziadek Ignacy postanowił sam
zrobić meble do jej pokoju. Pojechał więc do tartaku po materiał na meble.
Długo przebierał w deskach i listwach aż wreszcie skompletował potrzebny
materiał i wrócił z nim do swojego warsztatu. Meble wykonywane z prawdziwą
miłością i oddaniem mają pewną czarodziejską moc. Ale o tym przekonano się
dopiero po wielu latach, kiedy już nie wnuczka, ale praprapra wnuczka Ignacego
stała się właścicielką dębowej szafy.
Ewa urodziła się wiele, wiele lat
później i o swojej praprababce mogła tylko słuchać opowieści rodzinnych i
oglądać ją na starych, pożółkłych fotografiach. Mała dziewczynka z roześmianą
buzią, umorusaną czekoladą patrzyła na
nią z fotografii w starym rodzinnym albumie, który jakimś cudem przeżył
wszystkie zawieruchy wojenne.
Pokój Ewy był umeblowany kolorowymi
dziecinnymi meblami z Ikei a stara dębowa szafa stała sobie spokojnie na
poddaszu. Nie wiadomo kiedy ktoś do niej zaglądał bo prawie nikt nie zapuszczał
się na poddasze. Chyba, żeby postawić tam kolejny, stary, nikomu niepotrzebny
mebel, który jednak szkoda wyrzucić.
Ewa właśnie pokłóciła się ze swoją
starszą siostrą, która zabrała jej ulubioną lalkę, Sarę. Na podwórku było
pusto, koleżanki wszystkie poszły do swoich domów, rodzice byli w pracy, a
babcia była zajęta gotowaniem obiadu. Siostra pokazywała brzydkie miny,
wywijała lalką i uciekała. Ewa chciała się wypłakać, ale była już sporą
dziewczynką bo po wakacjach miała iść do zerówki, więc nie chciała, żeby
ktokolwiek widział, jak płacze. Wdrapała się więc po schodach na poddasze,
otworzyła drzwi do pokoju i znalazła się w domowej rupieciarni. Wszędzie leżał
kurz, pachniało starymi meblami, słychać było tajemnicze skrzypienia. Promienie
słońca właśnie wpadały przez małe okienko i oświetlały stojącą w kącie, starą
szafę. Tą samą, którą zrobił kiedyś dla swojej wnuczki stolarz Ignacy.
Ewa spojrzała na szafę i od razu się
uśmiechnęła. Szafa była naprawdę piękna. Na drzwiach miała wyrzeźbione kwiaty i
liście, a w zamku tkwił piękny, ręcznie robiony żelazny klucz, przypominający
gałązkę róży. Ewa zaintrygowana swoim odkryciem podeszła do szafy, przekręciła
klucz w zamku i otworzyła jej skrzypiące drzwi. Od dawna nikt nie oliwił
zawiasów szafy ani zamka bo stałą
zapomniana na poddaszu.
Szafa była w tej rodzinie od kilku
pokoleń i przeżywała, tak jak mieszkańcy domu, chwile radosne i smutne, znała wiele rodzinnych opowieści, widziała
różne małe dziewczynki i różnych małych chłopców którzy szybko dorastali i
zakładali swoje rodziny. Wszystkie zdarzenia przechowywała w swojej drewnianej
pamięci jakby pisała pamiętnik. Ewa zajrzała do wnętrza szafy. Było w nim coś
tajemniczego , ale przyjaznego i ciepłego. Weszła więc ostrożnie do środka, ale
nic złego się nie stało. Dziewczynka, trochę jeszcze zapłakana, usiadła
wygodnie na dnie szafy, oparła się o ścianę i zaczęła sobie wyobrażać wszystkie
małe dziewczynki i wszystkich małych chłopców, którzy przed nią chowali się do
starej szafy, kiedy mieli jakieś zmartwienie. Wtedy zasnęła, a stara szafa
przez sen opowiadała jej różne ciekawe historie które zapamiętała.
Kiedy rodzice wrócili z pracy i
nadeszła pora obiadu zorientowano się, że Ewa gdzieś zniknęła. Przeszukano
bliższą i dalszą okolicę, pytano koleżanek, ale jej nigdzie nie było. Wreszcie
babcia wpadła na pomysł, żeby wejść na poddasze. Przypomniała sobie, że w
dzieciństwie, kiedy było jej z jakiegoś powodu smutno, sama chowała się do
stojącej tam starej szafy zrobionej przez praprapra dziadka Ignacego.
wtorek, czerwca 17, 2014
Bob, starszy brat Lolcia
Tytuł oryginału: Boba, Lolin stariji brat
Autorzy: Milan Mihaljčić
Przekład z języka serbskiego: Ewa Oranowska
Bob nie lubił Lolcia, swojego młodszego brata. Ciągle walił go ogonem po uszach.
Za to Lolcio uwielbiał Boba.
Bob
był po prostu BOBEM dopóki nie urodził
się Lolcio. Wtedy stał się BOBEM, STARSZYM BRATEM LOLCIA.
Lolcio
nigdy nie był po prostu Lolciem. Zawsze był LOLCIEM, MŁODSZYM BRATEM BOBA.
Bob
lubił najbardziej czasy, kiedy był po prostu Bobem. Kiedyś był najszczęśliwszy
na świecie: mama była tylko jego mamą a tata był tylko jego tatą. Był jakiś
porządek.
Lolcio
lubił być bratem Boba. Był najszczęśliwszy na świecie: mama była ich mamą a
tata był ich tatą. Normalnie.
Wszystko
było lepsze zanim się urodziłeś - mówił Bob bratu. - Co rozumiesz kiedy mówisz ZANIM? - dziwił
się Lolcio. - Ty zupełnie nic nie
rozumiesz! - wściekał się Bob. Zaraz znów dam Ci po uszach.
Pewnego
dnia mama powiedziała braciom, że urodzi im siostrzyczkę. Lolcio podskoczył z
radości ale Bob milczał. Dopiero teraz nic już nie będzie tak jak dawniej. Mama
i tata już go nie kochają, myślał sobie i dlatego chcą mieć nowe dziecko.
Gdy
tylko nadeszła noc, Bob wybiegł z domu przed siebie (kangury potrafią to zrobić
trzema skokami). Skakał przed siebie bez zatrzymywania się, aż dobiegł do
morza.
Na
piaszczystej plaży ujrzał maleńkiego zółwika, Jego ogromni rodzice spali.
Jestem
Bob - powiedział kangur.
-Ja
jestem żółw olbrzymi Mimi.
-Olbrzymi?
- zdziwił się Bob
-Dobrze,
dobrze, jeszcze nie, ale będę za sto lat.
-
Sto lat to dużo - powiedział Bob
-
Co będziesz robić przez ten cały czas?
-
Będę się bawić.
Bob
westchnął:
-
Ja też bym tak chciał. Bawić się przez sto lat z mamą i tatą.
-
Ależ ja nie będę się bawiła z mama i tatą - powiedziała Mimi- oni mają bardzo
dużo pracy.
-
No to z kim?- zapytał Bob
Mimi
zaprowadziła go pod kwitnący kaktus. Pod nim, do połowy w piasku leżało osiem
jaj. Będę się bawić z nimi. To są moje cztery siostry i czterech braci -
powiedziała z dumą Mimi.
-
Ale to są tylko jaja- zauważył Bob.
-Ja
wczoraj też byłam jajem - wyjaśniła Mimi. Wylęgłam się trochę wcześniej. Wiesz,
nudziłam się, więc wymyśliłam każdemu imię.
Goca,
Moma, Nena, Laza, Sasza, Maja, Mira, Piotrek (napisy na jajach)
Nagle
jedno z jajek zaczęło trzeszczeć, trzeszczeć, trzeszczeć... i pękło! Z jajka
wyjrzała mała główka.
-
Cześć Moma! - krzyknęła Mimi i objęła braciszka. Nagle znów słychać odezwał się trzask. Nie
jednego jaja, ale drugiego, trzeciego, czwartego...
Bob
skakał ile sił w nogach ( a dla kangura
to wcale nie mało). Chciał zdążyć do domu przed wschodem słońca, zanim ktoś
zauważy że go nie ma.
Kiedy
się zjawił wszyscy jeszcze spali. Przytulił się do brata i szepnął mu na ucho:
- Lolcio, mój kochany Lolcio! Obudź się, coś
wymyśliłem!
Co wymyśliłeś Bob? - zapytał zaspany Lolcio.
-
Imię dla naszej siostrzyczki. Będzie się nazywała Mimi.
Następnego
dnia urodziła się Mimi, młodsza siostra Boba i Lolcia. Ona nigdy nie będzie
tylko Mimi. Zawsze będzie MŁODSZĄ SIOSTRĄ BOBA I LOLCIA.
wtorek, czerwca 10, 2014
Kucyk
Kiedy się urodził, wołano na niego
źrebak. Później zaczęto mówić o nim Mały i tak już zostało. Ten przydomek
bardzo do niego pasował, bo konik był rzeczywiście wyjątkowo mały w porównaniu
z innymi, takimi jak on, kucykami. Mały urodził się w cyrku. Jego rodzice od
lat występowali na arenie razem z kolorowo ubranymi clownami. Clowni mieli rude
czupryny, czerwone nosy podobne do piłki pingpongowej i bardzo kolorowe
ubrania, a kucyki były nakryte kolorowymi czaprakami z przyszytymi do nich
dzwoneczkami. W cyrku było kolorowo, głośno i wesoło. Ale cyrk został pewnego
dnia zamknięty, większe zwierzęta trafiły do ZOO a inne, tak jak Mały poszły do
dobrych ludzi którzy chcieli je przygarnąć.
Mały trafił do leśniczówki. Pan
leśniczy, zawsze uśmiechnięty mężczyzna z czarnymi, sumiastymi wąsami miał małą
córeczkę i myślał, że Natalka ucieszy się z kucyka, który będzie jej własnym
koniem, ale ona była jeszcze bardzo mała i bała się takich ogromnych żywych
zwierząt. Mały wydawał się jej naprawdę ogromny.
Kucyk towarzyszył więc często innym
koniom przy wyrębie lasu. Konie są niezastąpione tam, gdzie nie mogą wjechać
wielkie, ciężkie maszyny.
Las był ogromny. Nie było wiadomo
gdzie się zaczyna ani gdzie się kończy. Tylko okoliczni mieszkańcy umieli się
odnaleźć w tym lesie. Wysokie masztowe sosny kołysały się to w prawo to w lewo
a wiatr potrząsał ich gałęziami strząsając na ziemię szyszki. Szyszki zrzucały
też wiewiórki z rudymi kitami, które wydłubywały z szyszek smaczne nasionka.
Trzeba było uważać spoglądając do góry, żeby nie dostać taka szyszką w nos.
Tego dnia poza odgłosami piły, która
swoimi ostrymi zębami wgryzała się w pnie ścinanych drzew, nawoływaniem się
drwali i parskaniem koni było cicho i spokojnie. Las był piękny, szczególnie w
lecie, kiedy przez korony drzew świeciło słońce. Jednak wieczorem, kiedy
zapadał zmrok a robotnicy kończyli pracę, zabierali swoje konie i wracali do
domów w lesie robiło się nieprzyjemnie, a nawet strasznie. Wysokie sosny
rzucały pod nogi swoje cienie. Kołysały się na wietrze, więc ich cienie
poruszały się wraz z nimi i wydawało się, że to jakieś zjawy. Dlatego nikt po zmroku nie zapuszczał się sam
do lasu.
Kiedyś jednak, chociaż nic tego rano
nie zapowiadało, rozpętała się straszna burza. Nikt w okolicy nie pamiętał takiej
burzy. Był sierpień, słońce świeciło od samego rana więc tym bardziej nikt się
jej nie spodziewał. W jednej chwili zrobiło się zupełnie ciemno jak w nocy, a
niebo co chwila rozdzierały błyskawice. Pojawiały się dosłownie jedna po
drugiej. Lał rzęsisty deszcz. Taki, przed którym nie może ochronić największy
parasol. W pewnej chwili z nieba zaczął spadać spory grad. Robotnicy pracujący
przy wyrębie lasu w pośpiechu pozbierali swoje narzędzia i popędzili w stronę
swoich domów. Pozostał tylko leśniczy ze
swoimi końmi i Małym. Musiał dopilnować czy wszystkie narzędzia zostały zebrane
a miejsce wycinki jest odpowiednio zabezpieczone, żeby komuś, kto będzie tędy przypadkiem
przechodził, nie przytrafiło się nic
złego.
Nagle ogromna błyskawica rozdarła niebo,
a tuż po niej zupełnie blisko rozległ się głośny grzmot, który przetoczył się
po lesie. Odgłos pioruna był taki, jakby
ktoś wysypał na podłogę ogromne
kamienie. To piorun uderzył w stojącą najbliżej sosnę. Zsunął się po niej aż do
ziemi, wyrywając ją z korzeniami i przewracając.
Zwalona sosna upadła tak
nieszczęśliwie, że wbiła się między inne drzewa, a leśniczy, jego konie i wóz
mieli całkowicie odciętą drogę. Tylko Małemu, ze względu na jego wzrost udało
się przecisnąć pod zwaloną sosną wydostać z tej pułapki na polanę. Kucyk,
chociaż trochę się bał, pędził w strugach deszczu ile sił w kopytach, leśnym
duktem, w stronę leśniczówki, aby sprowadzić do lasu pomoc. Wiedział, że tylko
od niego zależy czy leśniczemu i koniom uda się szczęśliwie wrócić do domu.
Mały dobiegł do domu zziajany i
przemoczony więc od razu został wytarty do sucha, okryty ciepłą derką, napojony
i nakarmiony. Kiedy kucyk sam dotarł do leśniczówki, od razu zorientowano się,
że musiało się wydarzyć coś złego, co zatrzymało w lesie w taką pogodę
leśniczego i konie. Natychmiast zorganizowano wyprawę ratunkową ludzi
zaopatrzonych w latarki, liny i topory. Odnaleziono leśniczego i jego konie
uwięzionych przez przewróconą sosnę. Na szczęście nikomu nic złego się nie
stało.
Od tamtej pory mówiono
o Małym z szacunkiem, bo mimo skąpego wzrostu miał dużo oleju w głowie, to znaczy
że był mądry, wykazał się wielką odwagą i potrafił sobie poradzić w trudnej
sytuacji.
czwartek, czerwca 05, 2014
O Kumci znad stawu, która nauczyła się pływać żabką.
Na środku zielonej łąki pełnej czerwonych maków, białych i różowych stokrotek i żółtych kaczeńców rozciągał się porośnięty rzęsą staw. Wokół stawu rosło zielone sitowie i trzcina która unosiła dumnie do góry na prostych, grubych łodygach swoje brązowe łebki. W trzcinach szeleścił i poświstywał ciągle rozczochrany wietrzyk- Wielki Urwis. Nad stawem, w maleńkim domku pod liściem łopianu mieszkała sobie razem z rodzicami, braciszkiem , babcią i dziadkiem małą zielona żabka, Kumcia.
Kumcia nie zawsze była podobna do żabki. Kiedy tylko wykluła się ze złożonego przez mamę skrzeku była , tak jak wiele jej siostrzyczek i braciszków zwykłą, ciemnobrązową bardzo ruchliwą kijanką z małym ogonkiem. Wszyscy razem siostrzyczki kijanki i braciszkowie kijanki wesoło bawili się w wodzie tuż przy brzegu, aż pewnego dnia pogubili ogonki i stali się małymi, zielonymi żabkami. Kumcia wtedy też stała się żabką. Była miłą i grzeczną, zawsze uśmiechniętą, żabią dziewczynką która kumkała od wschodu do zachodu słońca siedząc na dużym liściu białego nenufaru. Zapomniała jednak jak się pływa, a przecież kiedy była jeszcze kijanką pływała najszybciej ze wszystkich. Mama, tata i babcia bardzo martwili się, że Kumcia nie potrafi pływać, a dziadek spoglądał na wnuczkę znad grubych, rogowych okularów i tylko kiwał ze zmartwienia głową. Mały braciszek Kumci spędzał całe dni baraszkując wesoło w wodzie i na widok siostrzyczki pokazywał ją innym palcem i wyśmiewał się z niej przy wszystkich. POKAZYWANIE KOGOŚ PALCEM JEST OCZYWIŚCIE, JAK PEWNIE WSZYSCY DOBRZE WIEDZĄ, BARDZO BRZYDKIE I NIEGRZECZNE. Kumci od razu robiło się wstyd, że nie potrafi tak jak inni pływać żabką i boi się wody.
Robiła się ze wstydu cała czerwona i nawet ukradkiem popłakiwała sobie w jakimś zacisznym kąciku. Mama, tata i babcia tłumaczyli Kumci, że nie ma się czego bać, bo jak świat światem, wszystkie małe, średnie i duże żabki w wodzie czują się jak ryby i świetnie pływają żabką. Niestety nasza mała zielona żabka wciąż nie mogła pokonać strachu przed wodą i ani jej się śniło pływać ! Kiedy żabia rodzina szła przez łąkę na niedzielny spacer wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi, a nawet zupełnie nieznajomi mieszkańcy łąki kiwali z politowaniem głowami i odwracali się, żeby powiedzieć sobie coś na ucho. Wieść o tym, że Kumcia nie potrafi zupełnie pływać obiegła dawno całą łąkę, a nawet dotarła na skraj pobliskiego lasu. Ani prośbą, ani groźbą nie można było zmusić Kumci żeby wskoczyła do wody i zaczęła wreszcie pływać. Nie pomagały też żadne tłumaczenia ani opowieści o innych małych żabkach które już od dawna przemierzały żabką staw w środku łąki. Kumcia byłą uparta jak mały osiołek. Wreszcie dziadek, który dotąd podczas toczących się dyskusji nie odzywał się, tylko spoglądał na wnuczkę znad swoich grubych okularów, przerwał popołudniową lekturę „Wiadomości łąkowych” i odłożył gazetę na stolik. Potem wziął Kumcię na kolana, poszperał w kieszonce swojej kamizelki, wyciągnął kwaskowatą malinową landrynkę i włożył ją wnuczce do buzi. Kiedy żabka zajęta była już na dobre cukierkiem ofiarowanym przez dziadka, ten zaczął jej opowiadać jak sam był małą, zieloną żabką, tuż po tym, jak przestał być kijanką. Dziadek też nie bardzo chciał pływać i bał się wody chociaż wszyscy mówili mu, że zupełnie nie ma czego się bać. Aż kiedyś w upalny sierpniowy dzień, na łące pojawił się biało-czarny ptak na długich, czerwonych nogach i z długim czerwonym dziobem, którym co jakiś czas głośno klekotał.
Wszystkie żabki rzuciły się wtedy na oślep do stawu bo tam były zupełnie bezpieczne. Tylko dziadek Kumci siedział pod liściem jak skamieniały i bał się nawet odetchnąć żeby Pan Bocian, do to właśnie on brodził po łące, go nie wypatrzył. Jak wszyscy pewnie dobrze wiedzą, żabki są ulubionym pożywieniem wszystkich bocianów. Kiedy bocian pofrunął na chwilę do gniazda żeby zobaczyć czy nic nie grozi czekającym tam na niego bocianiętom, dziadek Kumci wyskoczył spod liścia, rzucił się jak oszalały w kierunku stawu i nie wiele myśląc wskoczył do wody, gdzie pływały wszystkie inne małe żabki. Okazało się, że znakomicie daje sobie radę w wodzie i pływa tak samo dobrze jak inni. Po tym opowiadaniu dziadka Kumcia nagle zrozumiała, że nie ma się czego bać bo wszystkie małe, średnie i duże żabki od urodzenia pływają znakomicie żabką. WSZYSTKIE DZIECI POWINNY ZAWSZE UWAŻNIE SŁUCHAĆ OPOWIADAŃ STARSZYCH.
Kumcia nie zawsze była podobna do żabki. Kiedy tylko wykluła się ze złożonego przez mamę skrzeku była , tak jak wiele jej siostrzyczek i braciszków zwykłą, ciemnobrązową bardzo ruchliwą kijanką z małym ogonkiem. Wszyscy razem siostrzyczki kijanki i braciszkowie kijanki wesoło bawili się w wodzie tuż przy brzegu, aż pewnego dnia pogubili ogonki i stali się małymi, zielonymi żabkami. Kumcia wtedy też stała się żabką. Była miłą i grzeczną, zawsze uśmiechniętą, żabią dziewczynką która kumkała od wschodu do zachodu słońca siedząc na dużym liściu białego nenufaru. Zapomniała jednak jak się pływa, a przecież kiedy była jeszcze kijanką pływała najszybciej ze wszystkich. Mama, tata i babcia bardzo martwili się, że Kumcia nie potrafi pływać, a dziadek spoglądał na wnuczkę znad grubych, rogowych okularów i tylko kiwał ze zmartwienia głową. Mały braciszek Kumci spędzał całe dni baraszkując wesoło w wodzie i na widok siostrzyczki pokazywał ją innym palcem i wyśmiewał się z niej przy wszystkich. POKAZYWANIE KOGOŚ PALCEM JEST OCZYWIŚCIE, JAK PEWNIE WSZYSCY DOBRZE WIEDZĄ, BARDZO BRZYDKIE I NIEGRZECZNE. Kumci od razu robiło się wstyd, że nie potrafi tak jak inni pływać żabką i boi się wody.
Robiła się ze wstydu cała czerwona i nawet ukradkiem popłakiwała sobie w jakimś zacisznym kąciku. Mama, tata i babcia tłumaczyli Kumci, że nie ma się czego bać, bo jak świat światem, wszystkie małe, średnie i duże żabki w wodzie czują się jak ryby i świetnie pływają żabką. Niestety nasza mała zielona żabka wciąż nie mogła pokonać strachu przed wodą i ani jej się śniło pływać ! Kiedy żabia rodzina szła przez łąkę na niedzielny spacer wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi, a nawet zupełnie nieznajomi mieszkańcy łąki kiwali z politowaniem głowami i odwracali się, żeby powiedzieć sobie coś na ucho. Wieść o tym, że Kumcia nie potrafi zupełnie pływać obiegła dawno całą łąkę, a nawet dotarła na skraj pobliskiego lasu. Ani prośbą, ani groźbą nie można było zmusić Kumci żeby wskoczyła do wody i zaczęła wreszcie pływać. Nie pomagały też żadne tłumaczenia ani opowieści o innych małych żabkach które już od dawna przemierzały żabką staw w środku łąki. Kumcia byłą uparta jak mały osiołek. Wreszcie dziadek, który dotąd podczas toczących się dyskusji nie odzywał się, tylko spoglądał na wnuczkę znad swoich grubych okularów, przerwał popołudniową lekturę „Wiadomości łąkowych” i odłożył gazetę na stolik. Potem wziął Kumcię na kolana, poszperał w kieszonce swojej kamizelki, wyciągnął kwaskowatą malinową landrynkę i włożył ją wnuczce do buzi. Kiedy żabka zajęta była już na dobre cukierkiem ofiarowanym przez dziadka, ten zaczął jej opowiadać jak sam był małą, zieloną żabką, tuż po tym, jak przestał być kijanką. Dziadek też nie bardzo chciał pływać i bał się wody chociaż wszyscy mówili mu, że zupełnie nie ma czego się bać. Aż kiedyś w upalny sierpniowy dzień, na łące pojawił się biało-czarny ptak na długich, czerwonych nogach i z długim czerwonym dziobem, którym co jakiś czas głośno klekotał.
Panna Ciekawska
Mała polna myszka, Panna Ciekawska, chciała koniecznie zobaczyć jak wygląda świat, który dotąd oglądała tylko przez dziurkę własnej norki. Wiedziała doskonale, że poza norką czyhają na nią różne niebezpieczeństwa, ale postanowiła zaryzykować. Zapakowała do swojego starego, ukochanego plecaka dwa spore kawałki żółtego sera, tego z największymi dziurami, bo był, jej zdaniem, lżejszy i kilka garści okruszków. Zabrała też polarową kurtkę z kapturem, na wszelki wypadek, gdyby zrobiło się zimno, czerwoną pelerynę, zapasowe skarpety i czapkę z daszkiem, którą dostała na urodziny od starszego brata. Kiedy wreszcie wyskrobała się ze swojej przytulnej norki przestraszyła się nie na żarty. Wszystko wokół było dla małej myszki duże i groźne a drzewa szumiały naprawdę przerażająco. W dodatku gdzieś w oddali pohukiwała sowa, a jak powszechnie wiadomo, sowy żywią się myszami. Zanim Panna Ciekawska wyruszyła na swoją wymarzoną wycieczkę zrobiło się ciemno, właściwie zapadła już noc a to niedobry czas na spacery, zwłaszcza, dla wszystkich małych zwierzątek. Nasza myszka przykucnęła obok krzaka jałowca, zdjęła plecak, położyła go sobie pod głowę i zasnęła, mimo, że była wystraszona. Wcześnie rano obudziło ją słońce, które zdążyło wspiąć się już bardzo wysoko na niebieskie niebo. Gdzieniegdzie tylko pływały po niebie białe obłoczki które wyglądały jak bita śmietana. Panna Ciekawska zarzuciła na ramiona swój plecak, założyła czapkę z daszkiem i powędrowała przed siebie. Wkrótce znalazła się nad rwącym potokiem który tak naprawdę był tylko maleńkim strumyczkiem. Dla niej była to jednak poważna przeszkoda. Kiedy stanęła nad brzegiem strumyka i zaczęła się zastanawiać jak dostać się na drugą stronę, nagle poślizgnęła się i zaczęła zjeżdżać po mokrej trawie w dół. W nocy , kiedy spała, spadł deszcz i było bardzo ślisko. Wpadła z głośnym pluskiem do wody, która zaczęła ją unosić razem z wypchanym plecakiem i czapką od brata. Na szczęście, podczas ostatnich wakacji tata nauczył ją pływać. Panna Ciekawska zaczęła żwawo machać wszystkimi czterema łapkami. Dzięki temu udało jej się dopłynąć do miejsca, gdzie woda była płytka i wskrobać się na brzeg. Była przemoczona do suchej nitki, zapasowe ubrania też były mokre, a okruszki, które zabrała ze sobą na drogę do jedzenia, były nasiąknięte wodą. Panna Ciekawska jak niepyszna tym razem musiała wrócić do domu. Postanowiła, że następnym razem staranniej przygotuje się na spotkanie z przygodą i będzie dużo ostrożniejsza.
O Maćku, wojowniczym wodniku ze starego młyna i jego niezwykłych przygodach.
W starym młynie, tuż obok młyńskiego koła,
w rwącym strumieniu zagnieździł się ze swoją najbliższą rodziną wodnik Maciek.
Razem z nim w podwodnej chatce zamieszkała wodnikowa żona, Alicja, dwie
panny wodniczanki Gosia i Zosia i mały synek Marcinek. Mieli też psa
niezwykłej piękności, czarnego podpalanego kundla, Bleksia, któremu jedno ucho
opadało w dół a drugie sterczało do góry i dzięki temu wyglądał jak myśliwy w
kapeluszu z piórkiem. Wodnik robił okropnie dużo rabanu a każdą, najdrobniejszą
rzecz, ale w gruncie rzeczy było to poczciwe chłopisko i w razie potrzeby służył
radą i pomocą rodzinie przyjaciołom i sąsiadom. Miał jednak zwyczaj
wściekania się o wszystko, bo był bardzo wybuchowy...... Kiedy był niemowlakiem
jego mama używała do potraw mnóstwo ostrych przypraw więc można powiedzieć, że
z mlekiem matki wyssał ostrość papryki i pieprzu . Czasem wpadał do
chatki zły jak osa, co było jeszcze gorsze .Wtedy broń Boże żeby ktoś się
do niego próbował podejść albo odezwać bo Maciek okropnie się złościł. Często
miał po prostu kiepski humor i wtedy ni stąd ni zowąd ciskał błyskawicami,
które trzeba było gasić wodą. Całe szczęście, że wody wokoło było bardzo
dużo. Alicja bardzo kochała męża i chociaż wspólne życie z nim
przypominało siedzenie na beczce z prochem, to zawsze potrafiła znaleźć sposób
żeby Maćka jakoś uspokoić. Musiała też ciągle uspokajać dzieci, żeby
zachowywały się grzecznie, szczególnie, kiedy ojciec był zły. Cała trójka
należała do gatunku bardzo żywych dzieci więc można sobie łatwo wyobrazić
ile codziennie było w domu wrzawy i śmiechów ale biada, jeżeli po powrocie
Maćka było w domu głośno. Kiedy wracał do domu słychać było nawet trzepot
skrzydełek każdej przefruwającej muchy. Jedynie Bleksio, pupilek całej rodziny
mógł sypiać nawet na poduszce swojego pana i zawsze uchodziło mu to na
sucho.... a kiedy witał pana w drzwiach, mógł skakać do góry i
poszczekiwać wesoło do woli. Wodnik całymi dniami wędrował po świecie i
miał pełne ręce roboty. Miłym ludziom zawsze pomagał kiedy Ci mieli jakiś
kłopot i grzecznie go poprosili, ale tym , którzy byli zgryźliwi i niemili dla
innych Maciek najchętniej robił różne psikusy mniej lub bardziej przykre ŻEBY W
TEN SPOSÓB NAUCZYĆ ICH GRZECZNOŚCI. Alicja miała przez cały dzień pełne
ręce roboty Gosia i Zosia, dwie małe strojnisie ciągle męczyły mamę, żeby szyła
im coraz to nowe sukienki a mały synek Marcinek męczył wszystkich żeby ustawiać
z nim klockowe budowle, rysować albo czytać mu bajki...... Maciek, jak na
wodnika przystało, był bardzo dobrym ojcem i mimo wielu zajęć starał się po
poobiedniej drzemce zawsze znaleźć czas na zabawę z dziećmi. Najwięcej
czasu miał dla nich jednak w sobotę albo niedzielę, kiedy nie wędrował po
świecie i odpoczywał w domu.... Wtedy dzieci nie odstępowały go ani na
chwilę a radosny śmiech Gosi, Zosi i Marcinka rozbrzmiewał dokoła i roznosił
się echem aż na drugi koniec widniejącego w oddali lasu. Alicja, patrząc na
rozpromienione buzie dzieci i uśmiechającego się spod wąsów męża,
promieniała szczęściem BO ZGODA BUDUJE A NIEZGODA RUJNUJE. Maciek był
pobłażliwy dla dzieci i bardzo kochał żonę więc strzegł swojej rodziny jak oka
w głowie bo naprawdę szczęśliwa i kochająca się rodzina JEST NAJWIĘKSZYM
SKARBEM NA ŚWIECIE.
Muchomor
Muchomor rósł sobie spokojnie w
zagajniku sosnowym tuż obok krzaku jałowca. Przed słońcem chronił go czerwony
kapelusz w białe kropki. Nieco dalej spod mchu wychodziły właśnie ciemnobrązowe
podgrzybki na grubych nóżkach , gdzieniegdzie żółte kurki i sitaki a z drugiej
strony jałowca czerwona surojadka.
W promieniach słońca kapelusze grzybów
błyszczały jak polakierowane. Aż dziwne, że nikt ich nie dojrzał i nie zebrał
do koszyka (oczywiście poza muchomorem i surojadką).
Żaden ślimak, choć ślimaki to leśne
żarłoki i grzyby stanowią bardzo ważną pozycję w ich codziennym jadłospisie,
nie próbował nawet ugryźć muchomora. Omijały go też z daleka wszystkie muchy i
inne leśne owady bo przecież był mucho morem.
Muchomor był coraz bardziej smutny i
samotny. Próbował porozmawiać z czerwoną surojadką, która rosłą z drugiej
strony krzaka jałowca, ale surojadka z wyższością spoglądała na muchomora i nie
miała najmniejszej ochoty z nim się zaprzyjaźnić.
Pewnego dnia do lasu wybrał się
fotograf, szukając wdzięcznych obiektów których zdjęcia mógłby wysłać na fotograficzny konkurs
przyrodniczy. Kiedy zobaczył muchomora wiedział, że jego podobizna na tle
sosnowego zagajnika i krzaku jałowca w promieniach zachodzącego słońca będzie
najlepszym zdjęciem konkursowym.
Pozostałe grzyby chciały się teraz
zaprzyjaźnić z muchomorem, który zrobił się sławny w najbliższej okolicy, ale
muchomor nie potrzebował takich przyjaciół, którzy chcieli się z nim przyjaźnić
dlatego, że stał się sławny, a nie ze względu na jego wygląd, zachowanie i charakter.
niedziela, czerwca 01, 2014
Niebieski rower
Tuż za domem, miedzy
krzakami bzu a trochę połamanym drewnianym płotem stał sobie niebieski rower.
Właściwie można powiedzieć że to był kiedyś niebieski rower. Widać było, że
lata jego świetności minęły już jakiś czas temu. To był rower Oli, ale Ola
wyjechała przeprowadziła się z rodzicami do większego miasta a rower zostawiła
u dziadków.
Wtedy, kiedy dostała go na swoje dziesiąte urodziny był niebieski jak niebo,
lśniący i pachniał świeżym lakierem. Miał też błyszczące chromowane koła i
kierownicę, wygodne szerokie siodełko, biało niebieskie opony, błyszczący
reflektor z przodu a na tylnym zderzak żółty odblask żeby nikt nie uderzył w
rower nawet kiedy zapadnie zmrok. Nikt w całym miasteczku nie miał
takiego pięknego roweru.
Teraz stał sobie samotnie, zupełnie zapomniany, z odpadającą z ramy niebieską
farbą, pokrzywionymi, zardzewiałymi kołami, oponami bez powietrza i tylko ze
smutkiem podzwaniał co jakiś czas zardzewiałym dzwonkiem. Miał nadzieję, że
ktoś go wreszcie znajdzie, naprawi i znów odzyska swój poprzedni wygląd.
Tymczasem nikt nie zaglądał na tyły domu więc stał tam sobie porzucony i bardzo
samotny.
Pewnego dnia w domu dziadków Oli pojawił się mały chłopiec, który wprowadził
się niedawno do sąsiedniego domu. Trochę mu się nudziło, był mały i jeszcze nie
chodził do szkoły, więc postanowił wejść na podwórko sąsiadów. Dziadkom
brakowało trochę wnuczki która nie miała teraz czasu tak często u nich bywać
jak dawniej, więc z radością powitali swojego małego sąsiada. Karolek, bo tak
miał na imię chłopiec zaczął zwiedzać całe podwórko a że wszystko go ciekawiło
trafił aż za dom i tam, między krzakami bzu a płotem znalazł rower który kiedyś
należał do Oli.
Dzięki Karolkowi i dziadkowi zapomniany rower Oli został umyty, wyprostowany,
pomalowany i wypolerowany. Dostał też nowe opony i wygodne siodełko i znów
nabrał dawnego blasku. W ten sposób Karolek zdobył nowego przyjaciela:
niebieski rower.
Kleks
Kiedy nie było jeszcze długopisów ani mazaków, choć to trudno sobie wyobrazić,
pisano zwyczajnym piórem ze zwyczajną stalówką, a do pisania używano atramentu, który wlewano do takiej specjalnej buteleczki, która nazywała się kałamarz.
Żeby coś napisać trzeba było najpierw umoczyć stalówkę w atramencie, ale bardzo
ostrożnie, żeby w zeszycie nie pojawił się kleks czyli plama z atramentu.
Kleksy to bardzo złośliwe i nieprzewidywalne osobniki i pojawiały się
przeważnie tam, gdzie się ich najmniej spodziewano. Kiedy ktoś miał bardzo
czyste zeszyty , ładnie pisał i starał się dostać dobry stopień, nagle ni stąd
ni zowąd zeskakiwał ze stalówki atrament i pojawiał się na samym środku strony
kleks. Taki kleks pozostawał nieczuły na wszelkie prośby i groźby, na próby
pozbycia się go z zeszytu. Nie pomagała żadna gumka ani bibuła czyli specjalna
bardzo miękka kartka, którą suszyło się zapisane atramentem strony w zeszycie.
Otóż pewien niezwykle zawadiacki i czupurny kleks zeskoczył sobie ze stalówki w
zeszycie Zosi i zajął swoją osobą aż pół strony! Nie pomagały żadne błagania
zmartwionej dziewczynki. Pani miała następnego dnia sprawdzać wszystkie zeszyty
i Zosi bardzo zależało na tym, żeby mieć ładny i czysty zeszyt. A tu kleks!
Kleks czarny jak węgiel i w dodatku potargany. Zosia nie mogła go usunąć ale
postanowiła go przechytrzyć. Domalowała mu oczy, uszy, ręce, nogi a na głowie
czarny cylinder i…. napisała opowiadanie o niesfornym kleksie, ale o tym poczytacie
innym razem….
piątek, maja 30, 2014
Tydzień
Na poddaszu starego domu urodziło
się siedmioro kociąt: trzy koteczki i cztery kotki. Było ich tyle, co dni
tygodnia, więc nie pozostawało nic innego jak dać im imiona od dni tygodnia : Poniedziałek,
Wtorek, Środa, Czwartek, Piątek, Sobota i Niedziela. Ich mamą była czarna jak węgiel kotka z białą łątką na
pupie imieniem Tosia a tatą szaro-rudo-biało-bury kot sąsiadów zza płotu,
Felek.
Tosia nie chciała robić nikomu
kłopotu więc kiedy nadeszła pora,
wślizgnęła się na poddasze, znalazła pusty karton, wymościła go podartymi
gazetami i szmatkami i tam urodziła swoje kocięta. Kocięta niestety nie potrafiły siedzieć cicho
tylko popiskiwały i pomiaukiwały od czasu do czasu. W końcu Ewa, właścicielka i
przyjaciółka Tosi zupełnym przypadkiem usłyszała te odgłosy. Wreszcie znalazła
Tosię, której bezskutecznie szukała wszędzie od trzech dni, razem ze ślepymi
jeszcze kociętami . Zniosła całą czeredę na dół. Dzielna mama, razem ze swoimi
kociętami dostała wygodny kojec wysłany starymi, miękkimi swetrami, dodatkową,
większą kuwetę, a kocięta dostały własne miseczki z mlekiem, gdyby nie
wystarczyło im mleka mamy. Tosia była kochana przez domowników więc jej
kociętom też nie mogła dziać się krzywda.
Kocięta miały różne kolory i różne
charaktery, a właściwie charakterki, chociaż miały tych samych, wspólnych
rodziców. Nie było można tego zauważyć przez pierwsze dni po porodzie, dopóki
były jeszcze ślepe. Trzymały się wtedy mamy , spały w gromadzie i nie
opuszczały swojego kojca. Kiedy przejrzały na oczy zmieniły się nie do
poznania.
Poniedziałek był biały jak śnieg, z
czarną łątką na pupie, odwrotnie niż jego mama, Tosia. Lubił sypiać zwinięty w
kłębuszek w głębokim fotelu przed telewizorem i trzeba było uważać, żeby
przypadkiem na niego nie usiąść.
Wtorek był rudy, po tacie a może po
którymś z dziadków, ale uszka, koniec ogonka i łapek miał czarne. Obaj bracia
mieli dobry apetyt, dopijali po rodzeństwie mleko które zostało w miseczkach
wiec toczyli się na swoich krótkich łapkach jak dwie kule.
Środa była mniejsza i bardziej
delikatna, jak to dziewczynka. Miała zupełnie szare futerko, trochę ciemniejsze
na pyszczku i wokół uszu. Miauczała głośno, kiedy w jej miseczce nie było
mleka. Pewnie chciała dogonić wzrostem swoich dwóch braci : Poniedziałka i
Wtorka.
Czwartek był biało-czarno-rudy. Lubi
dużo spać, tak jak pozostali, ale zawsze wskrobywał się po firance i układał na
parapecie, żeby mieć w razie czego oko na wszystko, co dzieje się na zewnątrz.
Kiedy się budził nigdy nie robił kociego grzbietu tylko śmiesznie przeciągał
się „na ukos” wyciągając prawą przednią i tylną lewą łapkę a potem lewą
przednią i prawą tylną łapkę.
Piątek był łaciaty, czarno-biały i
miał śmieszną czarną plamę na samym środku różowego nosa. Od małego miał
zadatek na myśliwego. Wdrapywał się po
firankach na parapety i usiłował łowić przez szybę fruwające za oknem ptaki,
choć jego wysiłki nie przynosiły zamierzonego skutku.
Sobota i Niedziela były niemal
jednakowe, prawie jak bliźniaczki tak, że trudno je było od siebie odróżnić.
Nawet ich rodzona matka, Tosia miała z tym kłopot. Były trójkolorowe:
czarno-rudo-białe, końce uszu i ogonków miały czarne a końce łapek białe.
Dopiero kiedy przybiegały zawołane po imieniu wiadomo było która jest która.
Wszystkie kocięta miały zielone oczy
po mamie albo żółte po tacie z wyjątkiem Czwartku, który miał jedno oko zielone
a drugie żółte.
Kocięta całymi dniami spały, jadły
albo baraszkowały ze sobą. Spały sporo ale też sporo jadły bo nie można spać
kiedy kiszki z głodu marsza grają. Były coraz silniejsze, sprytniejsze i
biegały po całym domu. Znalazł się też jednak czas przeznaczony na naukę. Tosia
nauczyła ich od razu porządku: kocięta załatwiały się prosto do kuwety stojącej
w łazience, nie brudziły nawet w ogrodzie. Poza tym myły pyszczki po każdym jedzeniu, myły też
bardzo dokładnie , jak przystało na
prawdziwe koty, łapki i uszy. Chodziły najpierw trochę niepewnie na swoich
małych łapkach unosząc do góry krótkie ogonki dzięki czemu udawało im się
utrzymać równowagę. Jeśli nie biegały i nie baraszkowały to chodziły zawsze w
tym samym, ustalonym porządku dni tygodnia : na przedzie jedno z rodziców
a następnie kocięta ustawione jedno za
drugim tak jak dni tygodnia od Poniedziałku do Niedzieli.
Dom i ogród były pełne rozbieganych,
baraszkujących kociąt i trzeba było bardzo uważać żeby nie nadepnąć jakiejś
łapki albo ogonka. Rosły jak na drożdżach i miały wprost wilczy apetyt. Jadały
już mięso i inne kocie smakołyki. Kiedy nadchodziła pora picia mleka biegły
pędem do swoich miseczek z uniesionymi do góry coraz dłuższymi ogonami i
wypijały wszystko aż do ostatniej kropli. Potem siedem futrzanych kłębków
układało się do snu w swoim kojcu i słychać było głośne mruczenie. Tosia
układała się obok Ewy.
Pewnej nocy Tosia miała dziwny sen.
Śniły się jej kocięta ale zupełnie pomieszane kolorami. Poniedziałek był
trójkolorowy: czarno-rudo-biały, końce uszu i ogonków miał czarne a końce łapek
białe. Wtorek miał zupełnie szare futerko, trochę ciemniejsze na pyszczku i
wokół uszu. Środa była ruda, ale uszka, koniec ogonka i łapek miała czarne. Czwartek
był łaciaty, czarno-biały i miał śmieszną czarną plamę na samym środku różowego
nosa, Piątek był biało-czarno-rudy a Sobota
i Niedziela były białe jak śnieg, każda z czarną łatką na pupie. W dodatku
wszystkie kocięta miały niebieskie oczy jak chabry na łące. Tosia kręciła się i
wierciła przez sen całą noc.
Obudziła się dopiero nad
ranem, spocona jak ruda mysz.
Natychmiast pobiegła do kojca gdzie spały kocięta żeby sprawdzić co cię
stało z ich futerkami i odetchnęła z ulgą. To był tylko zły sen. Widocznie z
łakomstwa zbyt dużo zjadła przed snem.
Kocięta dorastały i ich wychowaniem
zaczął się zajmować też i tata, Felek z sąsiedztwa. Przychodził wieczorami i
wyprowadzał je do ogrodu (bo dom stał w ogrodzie), gdzie uczył je polować na
muchy, żuczki, motyle, żaby i myszy. Polowanie na ptaki było przez Ewę surowo
zabronione.
Kiedy dzieci Tosi dorosły i
zmężniały trzeba było postanowić co dalej. Wprawdzie domu i ogrodzie było
wystarczająco dużo miejsca ale osiem dorosłych kotów to nadmiar szczęścia. Z
Ewą i Tosią zostały Sobota i Niedziela a Poniedziałek, Wtorek, Środa, Czwartek
i Piątek powędrowały do kilku najbliższych sąsiadów. Wprawdzie nie mieszkały już
razem, ale często spotykały się na wspólnych zabawach w ogrodzie Ewy. Czasem
też gościnnie nocowały u niej, kiedy ich właściciele musieli gdzieś wyjechać.
środa, maja 28, 2014
Dwanaście kredek
Pewnego dnia, rano, Krysia znalazła pod poduszką tajemnicze blaszane pudełko.
Pudełko było płaskie, na pokrywce namalowany był różowy hipopotam, zielona
łąka, niebieski strumyk i czerwone niebo z zachodzącym słońcem. Kiedy poruszyła
pudełkiem w środku coś zagrzechotało. Krysia była bardzo ciekawa co jest w
tajemniczym pudełku ale odłożyła je na bok. Najpierw musiała się umyć, ubrać i
zjeść śniadanie.
Wreszcie nadszedł moment otwarcia tajemniczego pudełka z różowym hipopotamem. W
środku leżały sobie równiutko poukładane kolorowe drewniane kredki . Pachniały
farbą i drewnem z którego były zrobione. W dodatku, w osobnej przegródce leżała
temperówka i miękka, szara gumka myszka. Kredki leżały obok siebie w ustalonym
porządku: żółta, pomarańczowa, niebieska, jasnozielona, zielona jak trawa i
ciemnozielona, różowa, czerwona, fioletowa, jasno i ciemnobrązowa a na samym
końcu czarna.
Dziewczynka bardzo lubiła rysować i nie mogła się doczekać kiedy będzie mogła
użyć nowych kredek, które znalazła rano pod swoją poduszką. W tym momencie do
akcji wkroczyła temperówka. Była naprawdę ostra więc wszystkie kredki
były natychmiast gotowe do rysowania.
Krysia zaraz po śniadaniu umyła ręce, przygotowała blok i kredki i usadowiła
się z nimi przy swoim zielonym stoliku. Brała z pudełka potrzebne jej kredki po
kolei, a te, które były jej już niepotrzebne natychmiast odkładała na miejsce tam,
gdzie leżały przedtem. Narysowała niebieskie niebo z żółtym słońcem i białymi
obłoczkami, kilka liściastych drzew i jedną choinkę, zieloną trawę a na niej
białe i różowe stokrotki. Chciała narysować jeszcze bawiące się na łące dzieci
i swojego psa, Łatka, ale nie udało jej się tego zrobić.
Kredki zaczęły głośno rozmawiać, śpiewać różne śmieszne piosenki, a potem
kłócić się która z nich jest ważniejsza i ma ładniejszy kolor. Przepychały się
jedna przed drugą i same wchodziły Krysi wprost do ręki lub wypadały na stolik.
Dziewczynka zupełnie nie potrafiła ich opanować. W dodatku wskakiwały do
pudełka gdzie popadnie, niekoniecznie na swoje miejsca więc zrobił się okropny
bałagan. Żółta kredka leżała razem z brązowymi, a różowa między ciemnozieloną i
fioletową. Czerwona kredka popchnęła na sam brzeg pudełka pomarańczową a tuż za
nią ułożyła się niebieska. W końcu czarna kredka zezłościła się nie na żarty i
zagroziła, że za chwilę pomaże na czarno cały rysunek tak, że nie będzie na nim
widać ani niebieskiego nieba z żółtym słońcem i białymi obłoczkami, ani drzew,
ani choinki, ani trawy i stokrotek. Zmęczona tymi kłótniami i przepychankami
odezwała się w końcu gumka myszka, która dotąd leżała cichutko w swojej
przegródce. Myszka była niewielka, więc zaczęła podskakiwać coraz wyżej i wyżej
tak, żeby zwróciły na nią uwagę wszystkie kredki. Wygarnęła im całą prawdę.
Powiedziała, że wszystkie są jednakowo ważne, każdy kolor jest ładny i
potrzebny bo gdyby kolory kredek niczym
się nie różniły, rysunki były by ponure i smutne a mają być przecież kolorowe i
wesołe. Kredki uspokoiły się wreszcie, to prawda, niektóre były teraz trochę
krótsze bo podczas kłótni połamały się i trzeba je było znów zatemperować.
Wreszcie ułożyły się w pudełku w takiej kolejności jak powinny : żółta,
pomarańczowa, niebieska, jasnozielona, zielona jak trawa i ciemnozielona,
różowa, czerwona, fioletowa, jasno i ciemnobrązowa a na samym końcu czarna.
Krysia spokojnie zamknęła pudełko. Teraz i ona i kredki mogły spokojnie pójść spać.
poniedziałek, maja 26, 2014
O tym, jak aniołek Marcelek pomalował wszystkie sny.
Z góry bardzo dokładnie widać wszystkie sny, jakie śnią się dzieciom na
całym świecie. Pewien bardzo ciekawski aniołek, imieniem Marcelek, postanowił
zajrzeć do wszystkich snów więc zrobił w niebie małą dziurkę i przyłożył do
niej oko, CHOCIAŻ TO BARDZO NIEŁADNIE
PODGLĄDAĆ KOGOŚ PRZEZ DZIURKĘ. Marcelek
nie robił tego jednak ze zwykłej ciekawości, tylko dlatego, że miał pilnować,
żeby wszystkie dzieci spały spokojnie i wstawały rano tylko prawą nogą, bo
wtedy będą miały przez cały dzień dobry humor. Kiedy tak spoglądał z góry na
śpiące dzieci, nagle zauważył, że jedne sny są wesołe i kolorowe a inne szare i
smutne. Marcelek pomyślał, że coś z tym trzeba zrobić bo nie można przecież pozwolić,
żeby dzieci miały takie okropnie szare sny! Co by tu zrobić.....zastanawiał się
głośno Marcelek, żeby wszystkie dzieci
na całym świecie miały tylko same piękne i
wesołe, kolorowe sny? Trzeba by je chyba pomalować wiedział głośno sam do
siebie i poszedł do sklepu z przyborami
piśmiennymi który znajdował się tuż za rogiem. W sklepie pracowała zorza, Malwinka, bardzo wesoła i zawsze promiennie, tęczowo uśmiechnięta. Marcelek już od progu
powiedział grzecznie i dosyć głośno Malwince :”dzień dobry”, BO KAŻDY, KTO WCHODZI
DO SKLEPU POWINIEN GŁOŚNO I WYRAŹNIE SIĘ PRZYWITAĆ. Aniołek opowiedział Malwince co wymyślił, po
co przyszedł do sklepu i poprosił ją o największe pudełko różnokolorowych
kredek i temperówkę, na wypadek, gdyby któraś kredka złamała się podczas malowania. Malwinka zaproponowała mu jednak żeby kupił
farby i komplet pędzli różnej wielkości. Farby można ze sobą dowolnie mieszać i
wtedy otrzymamy o wiele więcej kolorów niż przy
malowaniu zwykłymi kredkami. Marcelek kupił więc naaaaaaaaaaajjjjjjjjjjwiększe
pudełko farb, trzy garście pędzli i pędzelków różnej grubości i popędził co sił
w małych skrzydełkach do siebie. Miał przecież przed sobą jeszcze tyle pracy.
Musiał odnaleźć i pomalować wszystkie smutne, szare sny dzieci z całego świata. Aniołek Marcelek włożył fartuch, żeby się nie pochlapać, ani nie pobrudzić skrzydełek skrzydełek farbami i zabrał się żwawo do pracy. Porozstawiał mnóstwo maleńkich miseczek z wodą do
rozrabiania farb, pędzle włożył razem do
dużego słoja tak, żeby wystawały tylko
ich końce można było łatwo znaleźć pędzelek odpowiedniej grubości i
zaczął się uwijać jak mógł najszybciej. Przedtem sprawdził jednak dokładnie
gdzie pochowały się wszystkie smutne szare sny które śnią się dzieciom i raz
dwa trzy, w mgnieniu oka, wszystkie te sny pomalował na tęczowo. Odtąd już
żadne dziecko nigdy nie będzie płakać przez sen, a kiedy się obudzi, jego buzia
będzie przypominała uśmiechnięte słoneczko w letni, ciepły poranek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)